Dawno nie napisałam tak wielu listów do mężczyzny. Ostatnio kiedy to robiłam były to listy miłosne do A. i wędrowały do niego drogą tradycyjną. Teraz kiedy postęp wkroczył pod strzechy, nie fatyguję się na pocztę tylko z kubkiem gorącej herby piszę do Mophixa kilometrowe maile. Na szczęście są one obarczone minimalnym pierwiastkiem romantyczno – erotycznym. To o tyle dobrze, że skłaniają mnie do różnych przemyśleń.
Morphix zapytał, co wolę – góry czy morze. Oczywiście bez chwili wahania odpowiedziałam: morze. Ale zaczęłam się zastanawiać dlaczego. Kilka tygodni temu rozmawiałam z kolegą z pracy. Dopiero co wrócił z Nepalu i był zachwycony. Wywiązała się dyskusja o przewadze gór nad morzami i oceanami. R. udowadniał, że pobyt nad wodą to nuda totalna. Nic tylko leżenie na piasku, względnie jachcie, statku lub innym sprzęcie i gapienie się na wielką niebieską pustkę. Góry to dopiero frajda! Na co ja powiedziałam: – Tarabanisz się na sam szczyt tylko po to żeby, ledwie dysząc, popatrzeć na okoliczne góry, zrobić kilka fot i zejść. Gdzie tu sens i logika? Ani ja nie przekonałam R. do swoich racji, ani R. nie przekonał mnie do swoich. Dało mi to jednak do myślenia: co jest takiego w wodzie czego nie ma w górach i odwrotnie.
Nie ma sensu rozważać wad i zalet turystycznych. W obu sytuacja można leżeć lub przemieszczać się. Rozbijać się po knajpach, albo spać w cieniu całymi dniami. Interesuje mnie bardziej profesjonalne podejście do wody i gór.
Są ludzie, którzy związali z jednym i drugim środowiskiem całe swoje życie. Żyją ze zmagania się z żywiołami lub obcowanie z nimi jest ich pasją. Takie osoby mnie właśnie interesują.
Bezpieczeństwo. W obu wypadkach jest podobnie. Morze i góry w czasie pięknej pogody są ciche i spokojne. Rozkosz dla oczu i ukojenie dla umysłu. Jednak pogoda może się gwałtownie zmienić bez względu na porę roku. Oba żywioły wykazują pewnie tendencje do burzenia się. Obserwując przyrodę można przewidzieć kiedy jest największe prawdopodobieństwo wystąpienia sztormu, zamieci, lawiny itp., ale nigdy nie można mieć stuprocentowej pewności. Takie ryzyko jest wpisane w obcowanie z wodą i górami. Ocena 1:1
Stabilność gruntu. Pozornie wydawało by się, że góry dają większe poczucie bezpieczeństwa. Człowiek jest stworzeniem lądowym dlatego góry wydają się łatwiejszym przeciwnikiem pod tym względem. Blisko brzegu lub niedaleko od schroniska jest stosunkowo bezpiecznie. Jednak na pełnym morzu i wysoko w górach los śmiałków jest tak samo niepewny. Śnieg jest równie zdradliwy jak wielka woda. Nie znam się na górskich zagrożeniach za dobrze. Wiem, że pod lodem mogą kryć się rozpadliny, można wpaść w zaspę, zwietrzałe skały mogą obsunąć się pod stopami, można też udusić się lub skręcić kark w lawinie. Ocena 1:1
Nuda. Górale wyruszają na hale wypasać owce. Wędrują z punktu A do punktu B w celach handlowych. Sprzedają mleko, ser, wełnę. Podobnie na morzu rybacy wypływają żeby łowić ryby, marynarze przewożą towary z jednego lądu na inny. Powtarzalność, rutyna, duży wysiłek fizyczny są na podobnym poziomie. Ocena 1:1
Co innego żeglarze i alpiniści, ci wyruszają w drogę, bo chcą, a nie dlatego, że muszą.
Bezsens. Alpinista wybiera szczyt o określonym stopniu trudności gramoli się na górę, zdobywa ją pokonując wszystkie trudności i schodzi na dół. Żeglarz wyznacza trasę o określonym stopniu trudności przepływa ją pokonując wszelkie trudności i wraca do macierzystego portu. W obu wypadkach trudności mogą przerosnąć śmiałków i podróżnicy zostają na dnie morza albo gdzieś w górach. Przy odrobinie szczęścia udaje się wydrzeć ciało żywiołowi i pochować w grobie rodzinnym.
Patrząc na alpinistów i żeglarzy bezsens narażania się na utratę życia tylko po to żeby odbyć wycieczkę w tę i z powrotem jest dokładnie taki sam. Ocena 1:1
Prawdopodobieństwo napadu. W górach grasowali rozbójnicy, współcześnie bandyci. Na morzu byli i dalej są piraci. Ocena 1:1 (Daje remis, ale wydaje mi się, że w górach jest pod tym względem bardziej niebezpiecznie).
Profesjonalizm. W obu wypadkach tylko profesjonaliści mają szansę przetrwać. Wszystko jedno czy jest to pełne morze, czy szlak w Andach. Bez sprzętu, wiedzy i najlepiej doświadczonego przewodnika/nawigatora nie ma szans. Ocena 1:1
Jednym słowem remis. Nie ma w górach tego czego nie można znaleźć nad morzem. Tylko nasze osobiste preferencje decydują, co mam bardziej odpowiada. W starciu górali z wodniakami obie frakcje mają dokładnie takie same argumenty za i przeciw. Udowadnianie sobie wyższości jednej opcji nad drugą nie ma najmniejszego sensu.
Dlatego, po dokonaniu porównania i doszłam do wniosku, że w zasadzie nie ma obiektywnych powodów żeby nie lubić gór. Postanowiłam poszukać diabła tkwiącego w szczegółach. To on decyduje o tym, że drżę z podniecenia na myśl o rejsie, a wykrzywiam się z niesmakiem, kiedy ktoś konicznie chce mnie przekonać do dalekiej górskiej wędrówki.
Moja fascynacja wielką wodą ma wiele płaszczyzn. W szkole średniej bardzo interesowałam się historią starożytną. Podobali mi się szczególnie Grecy i ich kultura. Hellenowie nie bali się wody chętnie wypływali i żeglowali wzdłuż brzegów. Na określenie morza mieli kilka różnych słów. Wytwarzali nawet wino na bazie wody morskiej. Swoją drogą musiało być obrzydliwe. Słona woda plus słodki winny sok leżakujące na słońcu – masakra.
Flota odegrała ogromną rolę w wojnie Aten z Persją oraz w walce o hegemonie między spartanami, a ateńczykami. Wielokrotnie odbywały się spektakularne bitwy morskie. Szkoda, że nie miałam szansy tego oglądać np. z lotu ptaka.
Rzymianie mieli większy dystans do wypraw morskich. Ich domeną były wyprawy lądowe. Co oczywiście nie oznacza, że nie mieli floty i kurczowo trzymali się spódnicy matki Ziemi. Skupiali się na obronie wybrzeża i rzek Imperium. Rzym posiadał też statki wojenne i potrafił ich skutecznie używać, jednak moim zdaniem rzymianom brakowało odwagi i ciekawość świata charakterystycznej dla greckich żeglarzy.
Jeszcze wcześniej w dość wczesnym dzieciństwie, mama czytała mi i bratu na głos „Dzieci kapitana Granta”. Brat i siostra przepływają kawał świata w poszukiwaniu ojca. To była niezwykła pożywka dla mojej fantazji. Zaraz potem sławny pirat grasujący na Karaibach „Kapitan Blood”, a na deser „Wyspa skarbów”. Niedługo później odkryłam już sama „20 000 mil podmorskiej żeglugi” i „Tajemniczą wyspę”. Wszystkie te morskie opowieści były dla mnie niezwykłym i fascynującym odkrywaniem świata. Przygody, niebezpieczeństwa, piraci, skarby, sztormy, zemsta, nienawiść, piękne kobiety, miłość prowadząca do obłąkania, nieobliczalna brawura. Nie znalazłam tego w żadnych opowieściach górskich.
Morze ma jeszcze tę przewagę nad górami, że jest wybór. Można płynąć w stronę tropików lub przez morze Beringa w stronę Syberii lub Alaski. W górach im wyżej tym zimniej. Nawet w Afryce szczyt Kilimandżaro cały rok pokryty jest śniegiem.
I jeszcze jeden być może najważniejszy z tych wszystkich powodów w moim osobistym rankingu morze vs góry: mężczyźni.
Dużo bardziej pociągający są spaleni słońcem, umięśnieni żeglarze w seksownie podartych koszulach niż okutani taternicy -zarośnięci z przymarzniętym do brody glutem i odmrożonym nosem.
Wiem, że zawsze można dyskutować na temat higieny i zapachów na statku. Szczególnie w dawnych czasach. Myślę jednak, że w górach też nie ma się jak myć na trzaskającym mrozie. A na obrazkach i zdjęciach nie czuć smrodu. Za to świetnie wyglądają opinające się na umięśnionych udach płócienne spodnie i obcisłe koszulki w paski. Nie mówiąc już o całej gamie dodatków: opaski na oko, rzemyki, chustki, kapelusze, marynarskie mundury itp.
A wisienką na torcie są nieznający strachu Wikingowie. Wprawdzie zarośnięci, ale za to w fajnych ciuchach i z długimi włosami. Wypływanie w nieznane w małej łupinie, trochę przypomina mi współczesne podróże w kosmos. Każdy ląd na horyzoncie musiał być tak niezwykły i tajemniczy jak odległe planety. Nie wiedzieli z czym przyjdzie im się zmagać, kogo spotkają, jakie na obcej ziemi są zagrożenia. Niesamowite jest to do jakiego stopnia ciekawość i chęć poznania pozwala zapanować nad strachem przed śmiercią i lękiem przed nieznanym.
W 1898 roku w Minnesocie odkryto kamień, na którym wyryto tajemniczą inskrypcję. Naukowcy twierdzą, że to fałszerstwo. Gdyby jednak udało się udowodnić komuś, że tak nie jest laur odkrycia Ameryki powinien przypaść właśnie Wikingom i to na sto lat przed Kolumbem.
Inskrypcja brzmi:
8 Gotów i 22 Norwegów w odkrywczej podróży z Winlandii na zachód. Obozowaliśmy przy dwóch skalistych wyspach o dzień podróży od tego miejsca. Wyruszyliśmy łowić ryby na jeden dzień. Gdy powróciliśmy, znaleźliśmy dziesięciu naszych ludzi zakrwawionych i martwych. Niech Bóg nas zachowa ode złego Ave Virgo Maria (bądź pochwalona Mario Dziewico, chroń nas ode złego) Mamy dziesięciu ludzi nad morzem pilnujących naszych statków, 14 dni podróży od tego miejsca. Rok 1362.
Sponsorzy
Juliusz Verne „Dzieci kapitana Granta”, „20 000 mil podmorskiej żeglugi”, „Tajemnicza wyspa” (tzw. duża trylogia vernowska)
Rafael Sabatini „Kapitan Blood”
Robert Louis Stevenson „Wyspa skarbów”
Kamień runiczny z Kensington