52.

Dokładnie rok temu postanowiłam w każdą kolejną sobotę przygotowywać i wklejać wpis na bloga. Rok to 52 tygodnie, 52 soboty, 52 wpisy. Na początku zastanawiałam się jak to będzie, miałam zaplanowanych kilka wpisów i zero pomysłów na to, co dalej. Bałam się, że zabraknie mi weny, cierpliwości, samozaparcia i tematów, bo w końcu, ileż można pisać o książkach. A jednak udało się. Nie dość, że dałam sobie radę sama ze sobą to jeszcze znalazłam pomysły. Wpisy są różne jedne lepsze inne gorsze, ale starałam się, żeby były szczere i zgodne z tym, co mi aktualnie w duszy grało. Nie interesowało mnie recenzowanie książek, chciałam podzielić się nimi i pokazać czym dla mnie są cudze teksty.

Patrzę na „lajki” pod wpisami. Martwię się, gdy ich nie ma i cieszę, gdy się pojawią. Ponieważ nie mam innych metod, może prócz statystyk, ale one podsumowują tylko wejścia na stronę, żeby zmierzyć Wasze – czytelników – zadowolenie. Widzę, że najbardziej podobają się wpisy humorystyczne, mniejszą popularność zyskują wpisy poważne, w tych z kolei najwyżej plasują się wpisy nawiązujące do religii. Dobrze przyjmowane są też te z poezją. Oczywiście staram się wychodzić na przeciw zapotrzebowaniom publiczności, ale mam też na względzie własne upodobania., dlatego mimo braku „lajków” nie rezygnuję z  mniej popularnych tekstów.

Tak czy inaczej drodzy czytelnicy, zamierzam Was nękać wpisami przez kolejne 52 tygodnie. Nie wiem, co się będzie działo w moim życiu przez ten czas. Nie wiem, co spotka Was, ale mam nadzieję, że nic nie stanie na przeszkodzie moim wpisom i Waszemu czytaniu.

Aby tradycji stało się zadość na koniec będzie, oczywiście, cytat z książki. Nie wiem dlaczego właśnie ten, ale jak się zastanawiałam czym podsumować rocznicowy wpis od razu przyszły mi do głowy te słowa. Wcześniej wpisałam je sobie w pamiętniku pod datą moich 18 urodzin. To była ważna i przełomowa data w moim życiu. Ta mała rocznica też jest dla mnie ważna. A czy okaże się brzemienna w skutki, to pokaże przyszłość.

Żaden człowiek nie jest samotną wyspą; każdy stanowi ułamek
kontynentu, część lądu. Jeżeli morze zmyje choćby grudkę ziemi,
Europa będzie pomniejszona, tak samo jak gdyby pochłonęło przylądek, własność twoich przyjaciół czy twoją własną. Śmierć każdego
człowieka umniejsza mnie, albowiem jestem zespolony z ludzkością.
Przeto nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on tobie.

John Donne Medytacja XVII

Ten fragment wykorzystał Ernest Hemingway w utworze Komu bije dzwon

Sponsorzy:
Ernest Hemingway i John Donne Komu bije dzwon

Calvados.

Pogoda dziś wybitnie barowa. Na moim internetowym termometrze 11°C, a przez okno widać, że pada deszcz. Spokojnie można oddać się spożyciu alkoholu bez szkody dla utraty pięknych okoliczności przyrody. Jednak picie bezmyślne jest wybitnie niekulturalne, aby zachować pewien poziom, i nie zostać posądzonym o zwykłe pijaństwo, trzeba nadać piciu rys intelektualno – filozoficzny. Wiosna jest porą roku sprzyjającą miłości, dlatego i degustację wypada utrzymać w tym klimacie.

Ravik lekarz, emigrant i Joanna to jedna z kultowych par kochanków. Obojgu przyszło spotkać się i zakochać w powieści Łuk Triumfalny. On nielegalnie przebywał we Francji i zarabiał nielegalną pracą w klinice. Ona próbowała popełnić samobójstwo i gdyby nie Ravik skończyłaby życie w odmętach Sekwany. Oboje uwikłani we własne wewnętrzne dramaty chodzą po Paryżu końca lat ’30 XX w. i rozpaczliwie korzystają z ostatnich chwil przed wybuchem wojny. Ich uczucie jest beznadziejne, skazana na niepowodzenie. Oboje straszliwie samotni i zrozpaczeni brakiem jakichkolwiek perspektyw piją nieustannie. Ich ulubiony trunek to calvados, czyli zwykły jabcok. Wóda z destylatu jabłkowego. Mocniejsza niż wino, a jednocześnie przesiąknięta aromatem sadu.

Przez wiele lat, pijąc wino z kimś bliskim, w duchu pierwszemu mojemu łykowi towarzyszył toast Salute! Tak jak zwykli to robić Joanna i Ravik. Wydawało mi się to takie romantyczne i miało w sobie coś ostatecznego.

Do tej pory kiedy ogarnia mnie pijacka nostalgia i z łezką w oku wspominam wszystkich swoich byłych, lubię patrzeć na mokre od deszczu szyby i wznosić kolejne toasty szepcząc Salute.

To jedno słowo wystarczy bym poczuła się jak w starym kinie. Ona piękna w powłóczystym satynowym peniuarze z gracją pali papierosa zatkniętego na końcu długiej fifki. On w idealnie dopasowanym garniturze podaje jej kieliszek z calvadosem. Ona rzuca mu powłóczyste spojrzenie i szeptem mówi Salute. Piją. Potem On bierze ją w ramiona i składa na jej ustach długi, namiętny pocałunek. Ciąg dalszy nie pasuje już do sceny ze czarnobiałego filmu, dlatego lepiej wypić kolejny toast i przenieść się do współczesności.

Tak sobie myślę, że jak się kiedyś znowu zakocham to upiję się z ukochanym calvadosem… to takie romantyczne… żeby tylko jeszcze mnie potem głowa tak nie nap…elała jak zwykle po wódce.

 

Haiku na zakończenie długiego łikendu.

Dwa tygodnie temu przestrzegałam przed zagrożeniami, jakie może nieść ze sobą długi łikend. Teraz już jest po ptokach, jeśli ktoś narobił głupstw, to trudno, może sobie obiecać, że w przyszłym roku będzie grzeczny. Ci, co zachowywali się poprawnie – nie wpadli w szpony nałogu, grzesznej miłości i nie przytyli po serii imprez przy grillu – mogą sobie pogratulować. Wszystkich i tych grzecznych i niegrzecznych zachęcam do pochylenia się nad haiku – to takie okruszki, przebłyski filozoficznych myśli po obficie zakrapianej biesiadzie lub natchnione słowa, spływające na twórców podczas zwyczajnego spaceru.

Zanim zasypię was garścią wierszyków (trudno o haiku mówić wiersze), sięgnę do genezy. Na japońskich imprezach goście bawili się wymyślając poematy haikai (haikai – żart). Pierwszy wers wymyślał najbardziej znamienity gość. Miał on podać ton i nastrój całego utworu. Z czasem te pierwsze wersy zaczęły żyć własnym życiem. Twórcą, który wyodrębnił haiku jako gatunek był Matsudo Bosho. W haiku chodzi o zatrzymanie emocji lub nastroju towarzyszącego ulotnej chwili. Cechą charakterystyczną dla haiku jest wiele możliwych interpretacji. Wszystko zależy od momentu i atmosfery w jakiej znajduje się czytający.

Przytoczone poniżej haiku przetłumaczył i opracował Czesław Miłosz. Starałam się wybierać takie utwory, które najbardziej pasują do pięknych, majowych okoliczności przyrody. Parę razy odstąpiłam od tej zasady, ale nie mogłam się oprzeć pokusie podzielenia się z Wami głębszą filozoficzną myślą. A teraz wszyscy bierzemy głęboki oddech, zamykamy na chwilę oczy i odnajdujemy w sobie nasze małe, własne zen:

Basho (1644-1695)

Wróble pod okapem,
Myszy w suficie -
Niebiańska muzyka.

*

Oddaj wierzbie
Całą nienawiść, całe pożądanie
Twego serca.

*

W mojej nowej sukni
Dziś rano -
Ktoś inny.

*

Zimna biała azalia -
Samotna zakonnica
Pod słomianą strzechą.

*

Jaka cisza -
Terkotanie konika polnego
Świdruje skałę.

*

Fiołki -
Jakże cenne
Na górskiej ścieżce.

*

Wioska bez dzwonów -
W wiosenne wieczory
Czego słuchać

*

Letnie trawy,
Wszystko co zostaje
Z marzeń żołnierzy.

*

Letni księżyc -
Klaszcząc w dłonie
Oznajmiam świt.

*

Krople rosy -
Czym lepiej obmyć
Pył świata.

*

Różę kwitnącą
Koło drogi
Zjadł mój koń.

*

Koteczka, tak chuda
Na miłości
I kaszy jęczmiennej.

*

Jakże chciałbym zobaczyć
Między kwiatami o świcie
Twarz Boga

*

W mojej chacie nie ma wiosny
Nie ma nic,
Jest wszystko.

*

Dama Sono-jo (1643-1723)

Wstyd -
W tej sukni
Żaden ścieg nie jest mój.

*

Rok za rokiem
Ja w masce małpy -
Prawdziwa małpa.

*

Joso (1661-1704)

Cyranka
Patrzy jakby mówiła:
‘Byłam na dnie’.

*

Hakuin (1685-1768)

Zebrany na podpałkę
Chrust
Zaczyna pączkować.

*

Taigi (1709-1772)

Poszedłem do kwiatów,
Spałem pod nimi,
Taki był mój wolny czas.

*

Buson (1715-1783)

Nagły chłód -
W naszym pokoju stąpnąłem
Na grzebień mojej nieżyjącej żony.

*

Jaskółki -
Pod okapem pałaców
I ruder.

*

Co za księżyc -
Złodziej przystaje
Żeby śpiewać.

*

Krótka drzemka -
Budzę się,
Wiosna minęła.

*

Nożyce wahają się
Przed białą chryzantemą
Przez chwilę.

*

Bakusui (1720-1783)

W nocy, szczęście,
W dzień, spokój -
Deszcz wiosenny.

Sponsor:
Czesław Miłosz Haiku

Więcej o zasadach i historii haiku: Co to jest haiku?
Odśwież stronę i wylosuj haiku na dziś: wiersze haiku i zen

Na włóczęgę.

Nie ma się, co rozpisywać i tak nikomu nie będzie się chciało czytać. Pogoda jak drut, tylko leżeć i pachnieć na jakiejś wielkiej zielonej łące, co też zamierzam uczynić, zaraz po skończeniu wpisu blogowego.

W trakcie tego leżenia warto zaplanować ciekawą wyprawę na wakacje. Być może nie jest jeszcze za późno.  Osobiście jestem wielką miłośniczką wschodnich klimatów. Na ostatnie urodziny dostałam od Loony Bee wspaniałą książkę. To trasa pociągu transsyberyjskiego: Moskwa – Bajkał – Mongolia – Pekin. Ech… ruszyć w taką podróż to naprawdę wspaniała sprawa. Jeszcze dokładnie nie prześledziłam wszystkich stacji i długości postojów, ale myślę, że taką wyprawę spokojnie można rozłożyć na kilka lat. Na przykład – najpierw zaliczyć całą trasę od startu do mety i zwiedzać tylko tyle na ile pozwalają postoje, a następnie, w kolejnych latach, jeździć na wyprawy badawcze zgłębiające dokładnie kolejne regiony, przez które wiedzie trasa szlaku transsyberyjskiego.

Moim zdaniem nie jest to wycieczka dla turystów. Turyści zmęczą się brakiem ekskluzywnych hoteli, lśniących łazienek, brakiem usłużności wśród miejscowych. To przemili ludzie, ale ich mentalność jest daleka od mentalności pracowników kurortów wczasowych.

Taką wyprawę polecam osobom gotowym spać byle gdzie, radzić sobie w różnych okolicznościach i przyjmować całe surowe piękno ludzi i ziemi bez zadęcia. Jeśli będziemy szanować miejscowych i ich środowisko możemy zyskać przyjaciół na całe życie. Na wakacjach w ośrodkach wczasowych, jesteśmy tylko kolejnym turnusem gości, o których trzeba zadbać, zaanimować im rozrywki, a następnie z uśmiechem pomachać na dowidzenia. Na Wschodzie macie szansę spotkać niezwykłych ludzi i stać się dla nich równie ważnymi postaciami jak oni dla was. I to jest właśnie ta subtelna różnica miedzy wjazdem do kurortu, a wyprawą szlakiem transsyberyjskim. W tym pierwszym będą was pieścić i się uśmiechać by na drugi dzień po wyjeździe o was zapomnieć. Na Wschodzie nikt nie będzie wam nadskakiwał, ale jak się z wami zaznajomi to długo o was nie zapomni. Czasy się zmieniają, wszędzie na świecie docenia się wartość podróżników, więc nie jest to takie totalne ruszenie w głuszę i dzicz. Jednak, na szczęście, to jeszcze nie to samo, co na wczasach w Egipcie.

Tak nawiasem do Rosji dobrze zabrać ze sobą sprawdzone środki na kaca. Miejscowe sposoby nie zawsze są do przyjęcia nawet dla najodważniejszego Kowalskiego.

Sponsor:

Przewodnik Szlak transsyberyjski

…z kroniki wypadków miłosnych…

Wielkimi krokami zbliża się długi weekend. Kilka, a jak ktoś ma talent do planowania, to nawet kilkanaście dni wolnego przed nami. Sprawdzałam prognozę pogody, podobno ma być całkiem nieźle. Tym bardziej uważam, że trzeba się wcześniej przygotować. Znalazłam w swoich przepastnych notatkach cytat, który znakomicie oddaje powagę sytuacji i pokazuje potencjalne zagrożenia:

S., Szwajcar: Z przykrością informujemy, że Andy Lover i Tony Toronto mięli wypadek drogowy w górach Transylwanii i obecnie przebywają w szpitalu. Przebieg wydarzeń nie jest jeszcze jasny, lecz według policjantów z Miami dwaj przyjaciele zostali potrąceni na autostradzie przez autokar wynajęty przez mongolską kobiecą drużynę łyżwiarską. Wciąż nie udało się wyjaśnić, dlaczego autokar przejechał po nich kilka razy. Części ich ciał znaleziono porozrzucane na sporym odcinku drogi. Niektóre małe kawałki odrzuciło na odległość naprawdę wielu metrów. Sprawiło to, że ich właściwa identyfikacja była niemożliwa. Zespół chirurgów plastycznych z Brazylii i Korei Północnej eksperymentalnie stworzył ze szczątków obydwu ofiar całkowicie nową osobę. Wszyscy przyznają, że był to wyjątkowo trudny przypadek. Wyrażają nadzieję, że pacjent będzie wyglądał normalnie, obawiają się jednak, że będzie myślał za pomocą penisa, a jego zainteresowania pozostaną dość jednostronne. Przeprowadzone przez specjalistów pierwsze testy potwierdzają te obawy. Obecnie wśród przyjaciół obu panów rozpisano ankietę, czy wolą, by nowa osoba nazywała się Antony Toronto, czy też Tony Lover.

To ostrzeżenie dla panów. Paniom przypominam:

Mężczyźni podobnie jak miłość, mają zszarganą reputację!

Pozostało jeszcze trochę czasu na przemyślenia. Zachęcam do głębokiej analizy tego wpisu i wyciągnięcia stosownych wniosków.

Sponsorka:
Mian Mian Panda sex

Zielony promień. Fakty i mity.

Za oknem pogoda jak zwykle, czyli zimno i deszcz. Jedyne rozsądne wyjście z tej sytuacji to siedzieć w chacie pić napoje dowolne (herbata, kawa, piwo lub inne procenty) czytać i marzyć. Wiosna skłania ku marzeniom miłosnym. Jak napisali koledzy blogerzy z Make life harder – wiosna to taki czas, kiedy świat się człowiekowi podoba bardziej niż zwykle i najchętniej to by wszystko ruchał, łącznie z baziami na drzewie. Idąc tym tropem sięgnęłam po książkę Zielony promień Juliusza Verne’a. Jest to książka nietpowa dla twórczości tego autora, bo jest romansem. Oczywiście romansem skrojonym na miarę pisarza powieści fantastyczno-przygodowych. Nie ma, co się spodziewać fajerwerków i namiętnych scen.

Już od jaiegoś czasu miałam zamiar wziąć tę powieść na warsztat, ale jakoś się nie składało. Aby przypomnieć sobie wszystkie szczegóły, wypożyczyłam książkę z biblioteki i przeczytałam raz jeszcze. Moja pani bibliotekarka oddelegowała mnie do wypożyczalni dla dzieci i młodzieży, ponieważ Verne jest, ponoć, autorem młodzieżowym. Kiedy czytałam Zielony promień zastanawiałam się nad zasadnością tej decyzji. W sumie może jego klasyczne powieści przygodowe nadają się dla młodzieży. Za życia autora to była fantastyka dla dorosłych. Kto słyszał o lotach na Księżyc! Sprawdziły się wszystkie przewidywania Verne’a i teraz jego powieści nikogo nie zaskakują ani nie budzą zgorszenia.Wracając do Zielonego promienia. Myślę, że to książka nie dla młodzieży, a dla koneserów lub miłośników J.V. każdym wieku.

Niedawno rozmawiałam z O., dla której wypożyczyłam Sherlocka Holmesa. O. ma 26 lat. Powiedziała mi, że film spoko, ale książka wydaje jej się strasznie naiwna.

Sądzę, że podobnie by było, gdybym poprosiła ją o przeczytanie Zielonego..., jeśli doczytałaby do końca to pewnie byłaby mocno znudzona.

W książce jest sporo akcji, ale jej styl jest tak totalnie osadzony w stylu dziewiętnastowiecznym, że jeśli ktoś nie jest miłośnikiem takich klimatów to zwyczajnie zamęczy się na śmierć.

Piękna młoda dama dowiaduje się o legendzie związanej z zielonym promieniem. Ponoć ostatni promień zachodzącego nad morzem Słońca jest zielony. Osoba, która go ujrzy zawsze będzie dokonywać trafnych wyborów uczuciowych. Namawia wujów, którzy są jej opiekunami, aby ruszyć nad morze w poszukiwaniu tego niezwykłego zjawiska. Wujowie mają chytry plan, żeby przy okazji tych wojaży, zachęcić pannę do przyjęcia oświadczyn pewnego, ich zdaniem, idealnego kandydata. Jednak życie i miłość żądzą się własnymi prawami…

Sądzę, że ta książka, podobnie, jak wiele innych tego autora, znakomicie nadaje się na film. W tym wypadku była by to urocza komedia romantyczna osadzona w realiach XIX w.

Co do samego zjawiska to jest ono jak najbardziej do zobaczenia. Znalazłam w Internecie zdjęcia:

San Leone, Sycylia, Włochy. Wrzesień 2009. Green Flash. San Leone, Sicily, Italy. September 2009. Fot. Antoni Winiarski.

 

Źródło: http://www.astronet.ru/db/xware/msg/1180787

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

oraz blog, na którym autor pisze o tym zjawisku:

Zielony promień

Nie sądzę żeby widok zielonego promienia faktycznie skutkował objawieniem emocjonalnym. Jednak przy obecnej pogodzie, każda forma promieni słonecznych wydaje się atrakcyjna.

Sponsorzy:
Juliusz Verne Zielony promień
Make Life Harder

Pogadanka umoralniająca?

Nie znam się na Biblii i całej reszcie pism religijnych. Miałam, i mam nadal, ambitny plan zapoznania się z tymi tekstami. Szczególnie pociągają mnie teksty, które nie weszły do kanonu. Czuję się jednak zagubiona. Przydałby mi się pasjonat ateista, który potrafiłby mnie wprowadzić w zawiłości pism religijnych bez chrześcijańskiej stronniczości. Większość osób dysponujących wiedzą na ten temat, niestety, zaraz zaczyna mnie przy okazji nawracać, co natychmiast wywołuje u mnie objaw wymiotno- obronny.  Potrzebne mi szkiełko i oko mędrca nie czucie i wiara. Ponieważ nie znalazłam do tej pory czasu na samodzielne ogarnięcie tematu ani mędrca ze szkiełkiem i okiem, wiec z okazji świąt odwołuję się do tego, co wyczytałam w książkach i do własnych sądów zbudowanych na podstawie przeczytanych lektur.

Święta to rytuał powtarzany siłą religijnego rozpędu. Prawda jest dość banalna:

Taki był czas, kiedy zdarzały się straszne rzeczy, ale było to dawno temu i w bardzo odległym miejscu, a jak każdy wie, to co nie dzieje się tu i teraz, nie dotyczy też nas.

Cytat ten pochodzi, nomen omen, z Księgi Ryb. A wracając do tematu. Trudno jest prawdziwie przeżywać coś, co miało miejsce tak dawno, że nie sięga tam pamięć najstarszych żyjących. A nawet, jeśli by sięgała, to czy wnuki tych ludzi byłyby w stanie wczuć się w sytuację? Wątpię. Natura ludzka już taka jest, że przenosi pamięć wydarzeń, ale nie przenosi emocji. Można je sztucznie podsycać, jednak to tylko marne echo tego, co przeżywali uczestnicy. Zresztą jakiż to by był koszmar, gdyby emocje przynoszone były tak jak fakty historyczne. Ogrom cierpienia nie pozwolił by normalnie funkcjonować kolejnym pokoleniom. Przecież po drodze od zmartwychwstania Jezusa było tak wiele wojen, ukrzyżowań, okrutnych egzekucji, tortur, zaraz oraz śmierci pod tyloma postaciami, że nie sposób tego wyliczyć. Jedno ukrzyżowania ginie w tej masie bólu i krwi. Oczywiście jest to TO ukrzyżowanie i dlatego wierzący będą roztrząsać wydarzenie do ostatniego chrześcijanina. Według nauk religijnych wspominanie oraz świętowanie wydarzeń sprzed 2 tysięcy lat uchroni nas przed zepsuciem, a współcześnie przed zepsuciem i rozpadem rodziny.

Czy jesteśmy bezpieczni?… Nie, ale barykada niepotrzebnych dóbr pomoże zasłonić widok.

*

Święta kościelne mają w sobie coś z wiecznego cierpienia. Nawet te radosne podszyte są biczowaniem i leżeniem na zimnych posadzkach. Człowiek wiecznie popełnia grzechy i nie ustannie za nie pokutuje. Ciągle trzeba się z jakiegoś powodu umartwiać i za coś przepraszać. To takie … nie mam odpowiedniego słowa… może dobre będzie „dziwne”. To takie dziwne, a może lepiej dziwaczne.

Być nieszczęśliwym to i nie mądre, łatwe i takie banalne! Chcieć być nieszczęśliwym, czy tylko godzić się z tym, to nie chcieć niczego. 

Skoro człowiek „nie chce niczego” to jak tu mieć dzieci, dom, rodzinę i pracować na jej utrzymanie. Tym bardziej, że założenie rodziny jest ryzykowne, bo wiąże się z grzechem. Nie wiadomo czy zbyt swawolne igraszki w alkowie małżeńskiej nie są już występkiem przeciw prawom boskim.

Zresztą zgodnie z wyznawaną przeze mnie zasadą, każdy może wierzyć w co chce.

Nie pragnę zbawić świata. Nie pragnę nawet szukać własnego zbawienia, po prostu znalazłem swój kawałek nieba, nieduży, skromny, ale nieba. 

I tego życzę Wam wszystkim nie tylko na te święta, ale na całe życie.

Sponsorzy:
Williama Goulda Księga ryb. Powieść w dwunastu rybach,
Herve Bazin Świat się kończy
oraz gościnnie
Adam Mickiewicz Romantyczność :
[...]Czucie i wiara silniej mówi do mnie
Niż mędrca szkiełko i oko.[...] – we wpisie odwracam tę myśl.

 

Być jak Mikołajek.

Chciałabym być jak Mikołajek. Żyć sobie na przedmieściu, mieć fajnych rodziców i sąsiada, z którym mój ojciec mógłby się wiecznie kłócić dla przyjemności. Mieć sto pomysłów na minutę i zerową świadomość ich konsekwencji. Chciałabym ganiać do upadłego po podwórku, budować zamki z desek i wyobrażać sobie, że stary wrak to wypasiony pojazd księżniczki (biorę poprawkę na to, że jestem dziewczynką nie chłopczykiem jak bohater).  Chciałabym zwiedzać tajemnicze kraje ukryte na placu ogrodzonym rozpadającym się płotem. Biegać z kolegami i badać dziury w ziemi. Koleżanki byłyby do bani, bo ciągle chciałyby się bawić lalkami w dom. Wolałabym bawić się w zoo albo farmę małymi plastikowymi zwierzątkami. Najbardziej podobają mi się Mustangi z rozwianymi grzywami i Indianie. O! Już wiem mogłabym zostać przywiązaną do pala porwaną dziewczyną, a chłopcy mogliby urządzić bitwę żeby mnie uwolnić. To by było coś! Potem zostałabym księżniczką, wszystko jedno, Indian czy cowboyów i moglibyśmy ruszyć całą ekipą – na Mustangach oczywiście – na wielką wyprawę poznawczą dookoła Ziemi. Potem na Księżyc. Tam chłopcy mogliby się pobić z miejscowymi, ja zajęłabym się zbieraniem księżycowych próbek czyli kwiatków na wianek. Najfajniejsze byłyby oczka wodne chyba te z Marsa. Szczególnie jak na płytkim błotnistym brzegu zaczęłyby wylęgać się kijanki. Moglibyśmy je łapać i jako ekipa ratunkowa zbierać do wiaderka, żeby przenieść na głęboką wodę. Moglibyśmy ugniatać przybrzeżne błoto stopami. Jak się je dobrze wyrobi to jest takie fajne plaskate ja ciasto. Świetnie się wtedy nadaje na kulki, z których można robić błotne pączki z piaskową posypką. Pychota!

Ja kcem być jak Mikołajek!

W wakacje mogłabym wyjeżdżać z rodzicami nad morze i taplać się na brzegu w mokrym piasku. Chciałabym wcinać placki ziemniaczane z budek przy plaży. Nigdzie nie byłoby takich pysznych placków! Na papierowej lub plastikowej tacce byłyby dwa wielkie placki z cukrem i śmietaną, a jak powiałby śliny wiatr to i z piaskiem. Na wydmach mógłby stać opuszczony wrak autobusu. Tam całą nowo poznaną ekipą moglibyśmy się zaszywać i opowiadać sobie straszne historie. Na przykład, że pod wrakiem pogrzebani są ludzie, którzy jechali tym autobusem. Kierowca był wampirem i wywiózł wszystkich do lasu żeby z nich wypić krew. Potem truposzczaki schował pod pojazdem. Teraz kiedy uszło powietrze z kół, nikt nic już nie zobaczy, bo nie można się wcisnąć pod wrak, żeby sprawdzić to się tam kryje. My jednak wiedzielibyśmy jaka jest prawda i jakie straszne rzeczy się tu działy, a na dowód mielibyśmy dwie dżdżownice wyciągnięte z ziemi przy autobusie. Jak powszechnie wiadomo dżdżownice zawsze osiadają się w miejscach gdzie są pochowane zwłoki ludzi wyssanych przez wampiry. Strasznie później bym się bała i to by było najfajniejsze.

Ech… mogłoby być tak fajnie gdybym była jak Mikołajek.

Sponsor:
Sempe, Goscinny: Mikołajek, Reakcje Mikołajka, Mikołajek i inne chłopaki, Wakacje Mikołajka, Mikołajek ma kłopoty, Nowe przygody Mikołajka, Nowe przygody Mikołajka tom 2, Nieznane przygody Mikołajka.

Wiosna.

Nareszcie! Nadejszła wiekopomna chwila! Przyszła wiosna! Ludzie się cieszą, ptaki śpiewają. Zakochani spacerują wieczorami. Rodziny z dziećmi i psami wylegają na trawę w parkach. Dzieci wrzeszczą, psy szczekają. Rodzice usiłują wypełniać swoje obowiązki rodzicielskie rzucając dzieciom patyki, a psy upychając w spacerówkach. Jednym słowem wszyscy są nieziemsko szczęśliwi. Radosny nastrój udzielił się również mi. Dlatego postanowiłam porzucić przepełnione miejskie skwerki i ruszyć w daleką podróż do Chin. Każdemu kto chce znaleźć odrobinę wytchnienia i spokoju, polecam małą książeczkę Fletnia chińska. Jest cienka i poręczna, świetnie pasuje do kieszeni w kurtce lub dresie. Wystarczy się zaszyć gdzieś w krzakach na ławce, zapomnianej nawet przez okoliczną elytę podwórkową i można w spokoju oddać się poezji…

A oto garść smakowitych wiosennych strof:

Łódź nasza mknie…

Łódź nasza mknie po spokojnej rzece. Poza ogrodem warzywnym, ciągnącym się wzdłuż brzegu, patrzę na góry błękitne i białe obłoki.

Przyjaciółka ma drzemie z ręką w wodzie. Motyl usiadł na jej ramieniu, zatrzepotał skrzydłami i uleciał. Śledziłem go długo oczyma. Skierował się w stronę gór Szang-nan.

Byłże to motyl czy sen, który śniła właśnie przyjaciółka moja?

Burza łaskawa

Przeklinam deszcz, który bębnił w mój dach i przeszkadzał mi spać. Przeklinałem wiatr, który pustoszył mój ogród.

Lecz tyś przyszła! Dziękowałem deszczowi, gdyż musiałaś zdjąć przemokłą suknię, i dziękowałem wiatrowi, który zgasił mą lampę.

 Odnowienie

Gdybym był drzewem lub rośliną, odczuwałbym słodki wpływ wiosny. Jestem człowiekiem… Nie dziwcie się mej radości.

 Wierzcie mi…

Niecierpliwy, by zostać czystym duchem, buddysta, Sung-tsy zbudował stos na górze Kin-hua i spłonął. Za życia swego An-ki zdołał osiągnąć P’eng-lai.

Osoby te znają szczęśliwość doskonałą. Niech będzie! Lecz jakiż ból sobie zadały!

Możecie dojść do tego samego wyniku zszedłszy do swojej piwnicy po flaszkę dobrego wina.

 W dzień wiosenny

Poeta pisze kilka wierszy na pochwałę pijaństwa

Ponieważ życie jest zawodne jak sen, po co się gnębić? Wolę upijać się do upadłego.

To właśnie uczyniłem też wczoraj. Budząc się, rozejrzałem się wokoło. Ptak świergotał wśród kwiatów. Prosiłem go, by mnie powiadomił o porze roku, a on odpowiedział mi, że żyjemy w czasie, gdy wiosna każe śpiewać ptakom.

Ponieważ byłem bliski rozczulenia, nalałem sobie jeszcze, by wypić, śpiewałem aż do wschodu księżyca i na nowo straciłem świadomość.

Sponsor:
Leopold Staff (tłumaczył z francuskiego przekładu Fr. Toussainta) Fletnia chińska

Li Po (Li T’ai-po), 701-762 r. Wierzcie mi… , W dzień wiosenny
Bezimienny, 1005 r. Odnowienie
Szang Wu-kien ok. 1879 r. Łódź nasza mknie…, Burza łaskawa

Przygotowań do wiosny – ciąg dalszy.

Skoro powiedziałam A nie mogę nie powiedzieć B. Seksualne ekscesy Egipcjan to dopiero wstęp do prawdziwego maratonu miłosnego. Niewątpliwie mistrzami starożytności w sztukach miłosnych byli Grecy. Ich podejście do ciała i miłości jest nam obce. Przede wszystkim Grecy nie byli hipokrytami. Nie zrozumieliby naszego obłudnego podejścia związków damsko – męskich. Ale nie dywagacje filozoficzne są moim celem, a opowieści nieprzyzwoite, lekkie, wiosenne, beztroskie. Grecy i ich bogowie kochali się na wszystkie sposoby.

Afrodyta bogini miłości, najpiękniejsza z bogiń i ziemianek została żoną Hefajstosa kulawego kowala, boga ognia, który większą część życia spędzał w kuźni pod wulkanem. Trudno o bardziej nieudane zestawienie. Ona zwiewna i słodka, on szpetny i wiecznie brudny. Jak łatwo się domyślić Afrodyta nie była wierna małżonkowi. Jednym z jej kochanków był Hermes – posłaniec bogów. Ten wiecznie zabiegany młodzieniec nie miał czasu na długie i namiętne romanse, ale serce nie sługa i w przelocie między jedną, a drugą misją uległ wdziękom najpiękniejszej olimpijki. Z tego związku urodził się Hermafrodyt (imię zawdzięcza obojgu rodzicom). W tym przepięknym mężczyźnie zakochała się nimfa rzeczna Salmakis. Niestety jej uczucie nie było odwzajemnione, więc kiedy ukochany kąpał się w rzece, którą ona się opiekowała, przywarła do niego całym ciałem. Wtulona w Hermafrodyta zaniosła błagalne modły do bogów olimpijskich. Ci wzruszeni jej łzami stopili parę w jedność. Tak powstała jedna osoba mająca w sobie cechy zarówno męskie jak i żeńskie.

Innym kochankiem Afrodyty był Ares. Z tego związku urodził się Eros nieznośny bożek miłości.

Jednak zanim doszło do narodzin Erosa, zakochani rodzice przeżyli dość upokarzającą scenę zazdrości. Afrodyta bała się, że wieść o jej nowym kochanku dotrze do męża. Dlatego postanowiła zorganizować schadzkę we własnym domu. Zgodnie z zasadą, że pod latarnią jest zawsze najciemniej. Uznała, że we własnym domu żadne niepowołane oczy ich nie zobaczą. I wszystko było by dobrze gdyby nie Helios. Przejeżdżając nad pałacem bogini w swym słonecznym rydwanie, bóg przez świetlik dostrzegł parę pogrążonych w uciechach kochanków. Poinformował o tym Hefajstosa. Ten rozgoryczony zachowaniem żony pod ich wspólnym dachem, wykuł sieć, tak misterną i delikatną, że nawet najbystrzejsze oko nie mogło jej dostrzec. Gdy następnym razem kochankowie znowu zajęli się miłosnymi zabawami, nagle spadła na nich sieć. Im bardziej się miotali tym bardzie się zaciskała. W tym momencie wkroczył zdradzony mąż. Zwoławszy wszystkich bogów, wpuścił ich do sypialni i pozwolił napawać się widokiem nagiej zdradzieckiej pary. Afrodyta kuliła się w ramionach kochanka cała pąsowa ze wstydu. Wściekły Ares toczył pianę z ust. Nic im to jednak nie pomogło, nie mogli się w żaden sposób uwolnić. Bogowie olimpijscy stojąc nad uwięzioną parą śmiali się i dowcipkowali w najlepsze. Dopiero zgorszony Posejdon rozpędził cale towarzystwo. Po tym wydarzeniu, oprócz żartów na temat Afrodyty i Aresa, podniosły się też głosy oburzenia. Ostatecznie kto został bardziej upokorzony? Para złapana w sieć? Czy mąż, który ujawnił światu swoją hańbę?

Afrodyta nie mogła zemścić się na donosicielu Heliosie, zbyt potężnym był bogiem, ale nie omieszkała dobiec jego krewnej. Pazyfe, w której żyłach płynęła krew heliosowa, była żoną Minosa i królową Kolchidy. Ponieważ Pazyfe była też krewną Medei miała pewne talenty czarodziejskie. Rzuciła na męża zaklęcie. Od tej pory małżonek nie mógł jej zdradzić. Za każdym razem kiedy próbował, jego członek zamiast nasienia, wtryskiwał w kochankę paskudne węże i skorpiony.

Niestety Pazyfe sama też padła ofiarą uroku. Mściwa bogini miłości sprawiła, że żona Minosa zakochała się w byku. Nie chciała jeść, ani pić, całe dnie spędzała na pastwisku u boku ukochanego. Niestety byk nie był zainteresowany wdziękami ludzkiej wielbicielki i zrozpaczona kobieta musiała patrzeć jak na jej oczach umiłowany bierze w posiadanie kolejne jałówki.

Doprowadzona do skrajności zwierzyła się Dedalowi. Ten sprytny wynalazca wpadł na genialny pomysł. Wyrzeźbił z drewna jałówkę pustą w środku. Jej drewniane boki obito skórą prawdziwej krowy. Gdy na pastwisku ustawiono drewnianą jałówkę, Pazyfe weszła do środka. Nie trzeba było długo czekać by usłyszeć dzikie okrzyki rozkoszy dochodzące z wnętrza krowy. Z tego związku urodził się Minotaur – człowiek głową byka.

Gniew Afrodyty dosięgnął też Myrry córki króla Cypru. Ta piękna istota budziła powszechny zachwyt, jej matka niepomna na ostrzeżenia twierdziła, że córka jest piękniejsza od samej bogini miłości. Pani Cypryjska usłyszawszy te bluźnierstwa sprawiła, że Myrra zakochała się we własnym ojcu. Z rozpaczy księżniczka chciała się powiesić. W ostatniej chwili uratowała ją piastunka. Ona też obiecała królewnie pomoc. Po kilku dniach zaprowadziła podopieczną do komnat ojca. W ciemnościach król nie rozpoznał kochanki. Jednak po 12 dniach wiedziony ciekawością skrzesał ogień i ujrzał przerażoną twarz córki. Zrozpaczona dziewczyna uciekła i została na prośbę bogów zmieniona w drzewo. Po dziewięciu miesiącach kora drzewa pękła, a na świat przyszedł chłopiec przecudnej urody. Jego opiekunki – nimfy – nadały mu imię Adonis.

I tu Afrodyta wpadła we własne sidła. Do szaleństwa zakochała się w Adonisie. Biegała za nim po lasach i bagnach. Jednak umiłowany wolał spędzać czas na polowaniu niż w łóżku bogini miłości. Zrozpaczona Afrodyta porzuciła piękne stroje i w wysokich bytach z łukiem w ręku przedzierała się przez ostępy leśne byle tylko być blisko kochanka.

Ares upokorzony sceną w sypialni długo nie dawał znaku życia. Jednak tęsknił za pięknym ciałem Pani Cypryjskiej i postanowił ją odnaleźć. Miał nadzieję, że wszystko wyjaśni i ich uczucie odżyje na nowo. Rozczarował się jednak bardzo gdy zobaczył, że bogini miłości ma już nowy obiekt uczuć. Postanowił zabić Adonisa. Przemienił się w dzika. Gdy Afrodyta spała napadł na niego i rozszarpał go na drobne kawałeczki. Gdy bogini ujrzała rozwleczone członki kochanka popadła w czarną rozpacz. Jej żal był tak wielki, że skruszało twarde serce Zeusa i pozwolił Adonisowi opuszczać Hades na dwie trzecie roku. Wiosną u bram krainy umarłych czekała już na kochanka Afrodyta, a jesienią opłakiwała jego odejście.

Po świecie starożytnym krążyła plotka, że wierna Penelopa – wzór cnót małżeńskich – wcale nie była taka święta. To Homer przedstawił żonę Odyseusza w tak dobrym świetle. Ale dlaczego? Czyżby miał w tym jakiś interes? Ponoć gościł na dworze Penelopy pod nieobecność Odysa i nie tylko miał okazję osobiście podziwiać urodę pięknej małżonki podróżnika, ale też pieścić jej krągłe ciało. Ponoć Homer był niewidomy. Może dlatego Penelopa zaprosiła poetę do łóżka, żeby mógł w pełni docenić jej powabne wdzięki?  Jak było nie wiadomo. Zresztą nie tylko Homer miał okazję pofiglować z Penelopą. Hermes też uległ wdziękom żony Odysa i pod postacią kozła wziął ją w jaskini. Odgłosy miłości rozchodziły się po całej okolicy. Po dziewięciu miesiącach od tego zdarzenia Penelopa urodziła Pana, pól kozła – pół człowieka. Nie była specjalnie zachwycona takim potomkiem, więc oddała go na wychowania boginkom leśnym. Pan zadomowił się w kniei na dobre i został opiekunem dzikiej przyrody.

Jeszcze na koniec słowo o Zeusie. Nie można go pominąć, ostatecznie to największy uwodziciel na Olimpie. Jego podboje przeszły do legendy. Piękna Leda zaznała rozkoszy z Gromowładnym. Bóg, aby nie przestraszyć swojej wybranki aurą boskości, przemienił się w łabędzia i gdy ta suszyła się naga na brzegu rzeki, po kąpieli, piękny i dostojny ptak przywarł do jej krągłych piersi. Poczuła, że stworzenie coraz mocniej naciska na jej kobiece wdzięki, aż rozgrzana i upojona pozwoliła się posiąść boskiemu łabędziowi. Leda po przepisowym czasie ciąży urodziła jajo, z którego wylęgła się piękna Helena ( ta od Troi).

Innym razem w oko wpadła Zeusowi Alkmena, żona Amfitriona króla Teb. Piękna kobieta słynęła z wierności. Nie uległa żadnemu mężczyźnie oprócz męża. Gromowładny bóg zasępił się wiedział, że ma przed sobą niełatwe zadanie. W końcu wymyślił podstęp. Gdy Amfitrion wyjechał na wojnę, przybrał postać męża Alkmeny. Zanim jednak wszedł do łóżka królowej. Poprosił Hermesa, aby ten zaniósł rozkaz do Heliosa. Tym razem miał w planach spłodzić wielkiego bohatera. A takich wybitnych jednostek nie robi się w jedną noc. Helios po odebraniu wiadomości od Zeusa, przez trzy dni nie wyjeżdżał na niebo swoim słonecznym rydwanem. Potężny władca olimpijski przez trzy doby nie pozwała odetchnąć Alkmenie, ale kiedy opuścił już jej łoże piękna królowa nosiła w sobie bohatera, którego sława miała przetrwać wieki – Heraklesa (lepiej znanego jako Herkules). Ponoć jeszcze tylko jeden raz w historii Helios wstrzymał słoneczne konie. Kiedy Herakles wykonywał trzynastą pracę i przespał się z pięćdziesięcioma córkami Tespiosa.

Pogoda za oknem piękna nic tylko się kochać. Mam nadzieję, że dałam Wam drodzy czytelnicy dość materiałów do ćwiczeń i przemyśleń.

Sponsor:
Jan Parandowski Eros na Olimpie

P.S. Książka powstała w 1923 roku.