Legenda na zimowy poranek.

Zima przypomniała sobie o swoich obowiązkach. Patrzę na termometr jest – 13°C, a to podobno jeszcze nie jest szczyt możliwości Wyżu Syberyjskiego. Słońce świeci, ale temperatura ścina krew w żyłach. Nie ma co się narażać na odmrożenia, lepiej siedzieć w domu i zająć się czymś twórczym. Wymyśliłam, że na zimno najlepsza jest opowieść z ciepłych krajów i od lat czytam w mrozy Pożegnanie z Afryką Karen Blixen. Bohaterka powieści często raczy przyjaciół, w upalne wieczory, opowiadaniami. Idąc jej przykładem uraczę was, w lodowaty poranek, legendą z Sudanu.

Przenieście się myślami do Afryki. Żar leje się z nieba. Opowieść dzieję się w czasach kiedy jeszcze wszyscy ludzie z plemienia Wataba byli biali.

Wśród murzynów żył Dobry Leza. Dbał  o plemię zapewniając wszystkim obfitość jedzenia i picia. Zabronił tylko zabijania antylop Pongo. Ludzie rozpieszczeni przez Lezę zaczęli się buntować i urządzali polowania zabijając wiele sztuk antylop Pongo. Leza bardzo się rozzłościł i zagroził, że jak nie zaprzestaną polowania na Pongo odejdzie i zostawi ich samym sobie. Jednak obracane nad ogniskiem tusze zaczęły właśnie się dopiekać. Tak pięknie pachniały, że nikt nie oparł się pokusie i całe mięso, do najdrobniejszej okruszyny, zostało zjedzone.

Dobry Leza odszedł ku niebiosom.

Ludzie z przerażeniem spostrzegli, że skóra ich stała się czarna jak pieczone Pongo. Wróciwszy do domu zastali czarne kobiety i dzieci. Leza na zawsze już opuścił plemię Wataba. Na jego miejsce przyszedł Wielki Duch – Kaibana, bo nie byli już godni modlić się do Lezy.

Od tej chwili dusze zmarłych idą do surowego Kaibana, który dzieli je na dobre i na złe. Dobrych nagradza smaczną strawą, a złych karmi muchami i robakami.

Leza był dobry, a Kaibana zsyła klęski na swój lud by pokazać swoją potęgę. Dlatego plemię Wataba głoduje i żyje w złych warunkach.

Legendę prawdopodobnie zaczerpnęłam z książki o podróży Kazimierza Nowaka przez Afrykę. Prowadzę notes (a właściwie notesy, bo już trochę się tego zebrało) z notatkami. Nie zaznaczyłam gdzie znalazłam tę opowieść. Nie wiem, co na moją działalność ACTA.  Mam nadzieję, że w razie czego Loony Bee będzie mi wysyłać paczki do pudła i podawać grypsy.

Czytanie, na szczęście, nie niesie ze sobą tak wielkiego ryzyka. Dlatego zachęcam was do zaparzenia pysznej herbaty, polecam z cytryną i imbirem, a następnie do owinięcia się ciepłym pledem. Potem można się spokojnie zagłębić w lekturę. Szczególnie polecam gorące afrykańskie klimaty.

Sponsorzy:

Karen Blixen Pożegnanie z Afryką
Kazimierz Nowak Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd. Listy z podróży z lat 1931-1936

Z braku laku, dobra i choroba.

Gdyby ktoś nagle zlikwidował wszystkie choroby, jedna z moich koleżanek umarłaby z rozpaczy. Sens jej życia opiera się na wyszukiwaniu u siebie kolejnych przypadłości. Szczerze mówiąc M. jest niewyczerpanym źródłem informacji o specjalizacjach lekarski. Nie zdawałam sobie sprawy z ilości specjalistów od najdziwniejszych chorób. Problem koleżanki przypomniał mi o pewnej powieści, którą przeczytałam dawno temu. W Londynie mieszkało trzech miłych panów – kawalerów. Jeden z nich, niejaki J. doszedł do wniosku, że ma objawy większości chorób z encyklopedii zdrowia. Łącznie z takimi jak: dżuma, padaczka, demencja itp.. A ponieważ był dość młodym człowiekiem, wydawało by się w sile wieku, bardzo się zaniepokoił swoim stanem zdrowia. Powiększyło to jeszcze bardziej listę potencjalnych chorób o choroby psychiczne spowodowane szokiem po odkryciu tak wielu przypadłości.

J. umówił się z przyjaciółmi. Narada okazało się brzemienna w skutki. Pozostali panowie, jak się okazało, również cierpieli na niezliczone problemy zdrowotne. Wszyscy trzej doszli do wniosku, że przyczyną ich ciężkiego, wręcz nieuleczalnego stanu zdrowia, jest przepracowanie i brak nowych wrażeń w życiu. Postanowili ratować się za wszelką cenę. I tak wylądowali na łodzi z mocnym postanowieniem przeżycia wspaniałej przygody. Zaplanowali przepłynąć Tamizę na trasie Kingston – Oxford i z powrotem.

Panowie bawili się świetnie. Choroby przeszły jak ręką odjął. Tylko jak to powiedzieć M.? Może podarować jej książkę?

Sponsor:

Jerome K. Jerome Trzech panów w łódce nie licząc psa.

W lekkich oparach absurdu.

źródło okładki: http://www.amazonka.pl/gaumardzos_marcin-meller-anna-dziewit-meller,99901989393.bhtmlTo nie je bajka- mawiają starożytni górale. Są takie miejsca na Ziemi, w których mieszkańcy rządzą się prawami dla wielu nie do pojęcia. Moje osobiste doświadczenia z rzeczywistością absurdu są dość znikome. Jestem trochę za młoda i nie zetknęłam się z PRL- em na tyle blisko żeby mieć własne, niesamowite wspomnienia. Jednak jak się okazało sprawa nie jest beznadziejna, ponieważ wciąż są kraje, w których można odetchnąć pełną piersią i wyluzować się na maksa. Czas tam staną w miejscu.

Kiedy byłam nastolatką wybrałyśmy się z Loony bee i ciocią Di na Krym. Do granicy Polski nie ma o czym opowiadać, standard, PKP nie wymyśliło nic, co mogło by nas zaskoczyć. Ciekawie zrobiło się dopiero po przekroczeniu granicy w Terespolu. Organizator wycieczki zawiózł nas na lotnisko. W porcie ani żywej duszy, byliśmy zupełnie sami. Niepewnie rozglądaliśmy się w poszukiwaniu jakiegoś pracownika, który mógłby nas poinstruować gdzie i kiedy odlatuje nasz samolot. Wiedzieliśmy tylko tyle, że mamy się znaleźć w Symferopolu, gdzie będą czekać na nas autokary. Opiekun naszej małej grupy był tak samo bezradny jak my. Ja i Loony bee ruszyłyśmy w poszukiwaniu toalety. Udało nam się znaleźć ten przybytek po zapachu. W kabinach (NA SZCZĘŚCIE!) nie było znanych mam muszli klozetowych tylko coś w rodzaju brodzika z miejscami wyznaczonymi na stopy, siusiało się wprost do dziurki w brodziku. To rozwiązanie, podsunął pewnie, nacjom wschodnim i nie tylko (z taką toaletą spotkałam się jeszcze na lotnisku w Algierze) instynkt samozachowawczy. Im mniej miejsc, do których trzeba dotykać najbardziej newralgicznymi częściami ciała, tym lepiej. Po tym pierwszym kontakcie z brutalną rzeczywistością byłyśmy z siostrą gotowe na wszystko, a przynajmniej tak nam się wydawało. Po jakimś czasie, który z perspektywy minionych lat trudno określić, ale na pewno nie trwało to krótko, ktoś nas zabrał na płytę lotniska. Oczekiwaliśmy odprawy bagażu, sprawdzenia paszportów, biletów; taśmy, na którą położymy nasze bambetle i ze spokojem ducha powierzymy je obsłudze portu. Zamiast tej całej zbędnej szopki wyprowadzono nas na lotnisko i pokazano samolot:

- Tam macie iść, zapakować walizki do luków bagażowych, a następnie wsiąść do samolotu. Pilot czeka.

Posłusznie pomaszerowaliśmy przez pas startowy w stronę majaczącego na horyzoncie samolotu. Powietrze było tak rozgrzane, że biały kadłub samolotu wyglądał jak rozedrgany na pustyni miraż nieistniejącej oazy. Kiedy dotarliśmy do naszego środka transportu, obudził się we mnie duch dziecka pilota. Krzyczałam żeby wkładać bagaże po równo raz z jednej, raz z drugiej strony.

- Samolot musi być dobrze wyważony!

Nie pamiętam czy ktoś mnie słuchał, ale panowie wskoczyli do luków po obu stronach samolotu i mniej więcej równomiernie rozłożyli nasze rzeczy w specjalnych siatkach na walizy oraz plecaki.

Spoceni jak myszy pod miotłą, ale dumni z dobrze wykonanej roboty, weszliśmy do samolotu. Każdy zgodnie z własną fantazją lub preferencjami wybrał sobie miejsce. Stewardessa zamknęła drzwi, nareszcie mogliśmy wystartować. Moje siedzenie miało popsute zawiasy i nie dało się go ustawić w pozycji pionowej. Na czas startu zapięłam pas oraz trzymałam siedzenie mniej więcej w pionie. Po wystartowaniu olałam temat, zostawiłam fotel w spokoju i tak nikt nie pilnował jaki i gdzie kto siedzi. Nie będę nadmieniać, że nie zostaliśmy poinstruowani o maskach, wyjściach awaryjnych, o tym żeby w razie awaryjnego lądowania zdjąć buty i włożyć głowę między kolana. Zwyczajnie bez owijania w bawełnę i bez zbędnej gadaniny wystartowaliśmy. Lot miał trwać trzy godziny. Wiedzieliśmy to z rozpiski, którą dostaliśmy w Warszawie. Nasza stewardessa była prześliczną dużą blondyną o gigantycznym biuście i krągłych biodrach. Nie bardzo mieściła się między fotelami więc (na szczęście) często nas nie niepokoiła przechadzaniem się i sprawdzaniem czy pasażerom czegoś nie brakuje. Wycieczki stewardessy były o tyle nieprzyjemne, że jej tusza powodowała niepokojące przechyły samolotu. Kiedy przechodziła na tył – dziób unosił się ku górze i odwrotnie. Mieliśmy wszystko czego nam trzeba. Panowie odbili flaszki, panie wyciągnęły kanapki tudzież napoje. Okazało się, że na pokładzie są widelce, noże(!), korkociągi(!) jednym słowem cały staf potrzebny do rozpoczęcia biesiady.

Poinformowano nas, że toaleta jest nieczynna, a najbliższa czynna toaleta jest w Symferopolu. Po jakimś czasie wlecieliśmy w kłębowisko czarnych chmur. Okazało się, że lecimy nad burzą. Pod nami kłębił się gigantyczny sztorm, od czasu do czasu rozbłyskujący białym światłem błyskawic. Blady strach padł na wycieczkę. Słabsi psychicznie pożegnali się z towarzyszami podróży i wypili ostatnie pół litra w swoim życiu. Starałam się uspokoić desperatów. Mój ojciec, pilot, zawsze mi powtarzał, że AN-24 popularnie zwany Antkiem to jedna z najlepszych konstrukcji samolotów pasażerskich. Mały, zwinny samolocik potrafi wodować jak zabraknie podwozia lub szybować przez jakiś czas jak padną wszystkie silniki. A poza wszystkim to ruska stal, a jak wiadomo powszechnie ruska stal gniotsa nie łamiotsa.

- Zresztą – przekonywałam – rosyjscy piloci są najlepsi na świecie (zaraz po polskich). Wyobraźcie sobie, że trafił się nam i tak wypasiony sprzęt, bo jesteśmy gośćmi z zagranicy. Zdajecie sobie sprawę czym latają ci piloci na co dzień? Nie? I dobrze, lepiej żebyście nie wiedzieli. Statystycznie rzecz biorąc ilość informacji o katastrofach lotniczych nad byłym ZSRR jest podobna do informacji z innych części Świata. Jednym słowem noł sters.

Nie mam pojęcia skąd miałam wtedy tyle odwagi. Być może to, jakiś gen odziedziczony po rodzicu, albo młodzieńcza brawura. Trudno ustalić. Tak czy inaczej gdyby mi się to przytrafiło teraz umarłabym ze strachu.

Pilot postanowił wylądować i poczekać aż przejdzie burza. Zagłębiliśmy się w kipiel chmur. Miotało nami po samolocie jak zabawkami. Przypinanie się pasami było bez sensu. Mój niesprawny fotel ciągle mnie przyduszał i musiałam się spod niego wygrzebywać.

Wylądowaliśmy bez najmniejszych problemów. Blond Wenus zagoniła naszą niesforną trzódkę do hangaru. To było jakieś wojskowe lotnisko. Mieliśmy do dyspozycji drewniane ławki i UWAGA! TOALETĘ! Odetchnęliśmy. Po tym, co wypiliśmy oraz przeżyliśmy, każdy potrzebował krótkiego sam na sam z dziurką w podłodze. Kiedy burza przeszła, wsiedliśmy do samolotu i już bez żadnych dodatkowych atrakcji dolecieliśmy do Symferopola.

Dlaczego o tym piszę? Przeczytałam ostatnio książkę o Gruzji. Marcin Meller wspomina tam, między innymi, swoje przygody z podróżami po Rosji i byłych republikach.

Moje przygody nie są tak liczne jak jego, ale wystarczające żeby z łezką w oku wspominać jak to drzewiej bywało. W jednym z rozdziałów autor pisze, że na lotnisku spotkał amerykańskiego dziennikarza, biedaczek zupełnie nie mógł się ogarnąć. To dziecko cywilizacji przyzwyczajone do sprawnej obsługi, a jeśli takowej zabraknie to wystarczy tupnąć nóżką powiedzieć: ale ja kcem miejsce w tym samolocie i już się wszystko samo dzieje. A niekompetentna pani z obsługi w najlepszym wypadku traci premię. W rzeczywistości absurdu tak dobrze nie ma, trzeba cały czas samodzielnie myśleć, wykazywać się inicjatywą i być gotowym na niespodziewane zmiany akcji. Tylko osoby o niespożytej energii, gotowe na wszelkie wyzwania oraz bardzo kreatywne mają szansę przetrwać w takim Świecie.

Wbrew pozorom nie tylko państwa byłego bloku komunistycznego mają swój niepowtarzalny, choć już zanikający klimat.

Czytałam książkę o Alasce i spotkałam się tam z opisem podobnych przygód samolotowych jak moje oraz Marcina Mellera. Samolot lokalnych linii lotniczych działał na zasadzie autobusu, który w każdej chwili może zatrzymać się na żądanie i bez problemu zabierze wszystko, co mają ze sobą pasażerowie. Kozy, klatę z kurami, zasmarkane dzieci. Jak zabrakło miejsc siedzących Eskimosi lokowali się ze swoim dobytkiem w przejściu. Było kilka przystanków, na których wysiadali jedni, a wsiadali inni. Czasem dochodziło do spotkań starych dobrych znajomych i hałaśliwym powitaniom w dziwnym języku nie było końca. Przy takich okazjach biesiada również była w dobrym tonie.

Trochę szkoda, że to już wymierający świat, ale z drugiej strony próżnia nie istnieje i zanik jednego absurdu prowadzi do powstania innego. Patrz Unia Europejska:


– nordycka grupa bojowa wykastrowała lwa, którego miała w herbie po tym, jak żeńska część żołnierzy zaprotestowała przeciwko obnoszeniu się zwierzęcia ze swoją męskością;

– komisja Europejska chce wprowadzić zakaz jedzenia pałeczkami, bo zwyczaj ten nie pochodzi z Europy;

– według europejskich uczonych arbuz podobnie jak viagra powoduje erekcję, ale (uwaga!) tylko u podnieconych mężczyzn;

Sponsorzy

Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller Gaumardżos – opowieści z Gruzji
Jacek Machowski Alaska
Tomasz Sommer Absurdy Unii Europejskiej

Przemijający czas.

Czasem tak sobie cicho siedzę i myślę o przemijającym czasie. Najczęściej w takiej chwili moja pamięć przywołuje strofy klasyka:

Bez serc, bez ducha, to szkieletów ludy;
Młodości! dodaj mi skrzydła!
Niech nad martwym wzlecę światem
W rajską dziedzinę ułudy:
Kędy zapał tworzy cudy,
Nowości potrząsa kwiatem
I obleka w nadziei złote malowidła.

Idąc tropem szkolnych wspomnień przypomina mi się jeszcze opowiadanie Hemingwaya o Santiago – starym człowieku – zmagającym się z morzem i marlinem. W młodości nie byłam w stanie docenić kunsztu pisarza ani zrozumieć opowieści. Młody człowiek nie ma świadomości przemijającego czasu jest wiecznie młody i to się nigdy nie zmieni. Wapniaki nie wiedzą jak to jest i nie zrozumieją, bo zawsze byli wapniakami. Świat jest pełen wyzwań, a czasu jest jak lodu. Trzeba zrobić rewolucję przewrócić do góry nogami ten martwy świat.
Niestety po latach w większości kończymy tak samo. Mimo, że było to nie do pomyślenia, to jednak mamy rodziny, dzieci, problemy, samochody, telewizory, kredyty … jesteśmy wapniakami. Wapniakami z krwi i kości, istotami, które jeszcze nie tak dawno budziły śmiech lub obrzydzenie. Czy nam się to podoba czy nie czas minął, a my okazaliśmy się śmiertelnymi ludźmi uwikłanymi w nasze zwykłe ludzkie potrzeby.
Najwięcej z nas założyło rodziny. Jedni zgodnie z pragnieniami, inni, bo tak wypada, jeszcze inni z powodu wpadki i niemożności wymigania się od poniesienia konsekwencji tego przykrego zdarzenia. Nieszczęśliwie zaobrączkowani cierpią, bo są w matni roszczeń, odpowiedzialności i poczucia winy. Samotni cierpią, bo: szczerze pragną mieć rodzinę, nie spełnili społecznych oczekiwań, nie mogą opędzić się przed bliskimi, którzy podejrzewają, że coś jest z nimi nie tak.
Często zastanawiam się jak to jest naprawdę. Wczoraj oglądałam film o Neandertalczykach, innym gatunku człowieka, który wyginął dawno temu. Na podstawie badań ustalono, że gatunek ten, podobnie jak Człowiek Współczesny, wytworzył narzędzia, polował oraz miał swoją kulturę. Teraz trudno ustalić czy wierzyli w bogów, nie mniej wiadomo, że opłakiwali zmarłych i chowali ich w jaskiniach aby zwłoki nie zostały rozwleczone przez dzikie zwierzęta. Kierowali się też emocjami. Opiekowali się rannymi lub niepełnosprawnymi członkami grupy plemiennej. Naukowcy zastanawiali się, dlaczego ten gatunek wyginął. Doszli do wniosku, że brakowało im innowacyjności. Wytworzyli konkretne metody działania – wzór postępowania – i tak w tym wzorze trwali. Człowiek Współczesny miał smykałkę do modernizacji i sprawdzania, co by było gdyby tu zamieszać, tam podpalić albo jeszcze lepiej, i zamieszać, i podpalić.
Mimo, że Neandertalczycy byli więksi, silniejsi, szybsi to nie przetrwali konkurencji z mniejszymi, ale sprytniejszymi Ludźmi Współczesnymi.
Badacze odkryli, że oba gatunki ludzi się mieszały. Mamy niewielkie domieszki genów Neandertalczyków.
To o tyle dobrze, że być może ich geny dały nam siłę i wytrwałość. Jednak być może to po nich, gdzieś głęboko, tkwi w nas konserwatyzm i niechęć do zmian.
Trwanie w wyuczonych formach nawet, jeśli nie przystają one do czasów, w których żyjemy, do nowych potrzeb jakie w nas się rodzą. Człowiek Współczesny, sprytny i bezkompromisowy eksperymentator, walczy z rutyną Neandertalczyka.
To oczywiści taka moja przenośnia, nie wiem jak jest naprawdę. I nie chodzi mi o to żeby odżegnać się od natury i nagle ogłosić, że życie w związkach i rodzinach jest bezsensownym przeżytkiem. Nasza zwierzęca natura jest wystarczająco silna byśmy nie przestali łączyć się w pary i rozmnażać. Nie nawołuję też do rozwiązłości czy zmiany partnerów, co kilka lat. Raczej do odpuszczenia sobie poczucia winy, że nie jesteśmy idealni i nie przystajemy do wzorca. Zmieniają się warunki życia jego długość i jakość. Odchowanie potomstwa nie zajmuje już rodziców w 100%. Człowiek w ciągu życia ma możliwość realizowania się na wielu płaszczyznach. Nie absorbuje nas walka o przetrwanie, zdobycie pożywienia i ochrona przed drapieżnikami. Teraz mamy inne wyzwania, nie mniej trudne, ale dające możliwość indywidualnego rozwoju. Kryterium oceny mężczyzn nie jest już tylko siła i spryt na polowaniu. Kobiety ceni się nie tylko za ich zdolności rozrodcze. Mamy dużo więcej czasu niż nasi przodkowie. Możemy sobie pozwolić na komfort bycia rewolucjonistami przez całe życie, bez szkody dla naszych ludzkich potrzeb. W ciągu życia można mieć jednego partnera lub kilku. Rozwijamy się dorastamy zmieniają się nasze priorytety i potrzeby. Z jednymi przestaje nam być po drodze z innymi zaczynamy rozumieć się bez słów.
Santiago z opowiadania pozostał rewolucjonistą. To walka postępu z konserwatyzmem, siły ducha ze zmęczeniem i starością. To najtrudniejsza batalia – wygrać z własną słabością i nieuchronnością czasu. Walka skazana na niepowodzenie.
Najgorsze jest to, że czas tak szybko przemija. A my go tak beztrosko marnujemy na bicie się z samym sobą, z tym czego pragniemy, a czego się od nas oczekuje. To co tu wypisuję, to czysta herezja żaden przyzwoity Polak Katolik nie ma prawa nawet spojrzeć w kierunku takiego wpisu jak ten. Ewentualnie tylko w celu wykazania mojej ignorancji, słabości ducha i szatanizmu w jakim pogrąża się współczesne społeczeństwo, a ja jestem tego namacalnym przykładem. Ryzykowne jest pisanie słów, które odbiegają od normy zgodnej z ideami wiary tu, teraz, w tym miejscu na Ziemi. Jednak kto za sto lat będzie o mnie pamiętał? Kto będzie się przejmował tym, co napisałam lub pomyślałam? Nikt, zupełnie nikt. Będę jednym z wielu nagrobków na cmentarzu. Bez względu na to jak żyłam, czy się stosowałam do dogmatów wiary i żałowałam za grzechy, czy też nie. Mam tylko jedno życie. Jedno, jedyne. Nie będzie więcej. Nie można czasu cofnąć i powtórzyć tego, co nie wyszło. Jest tylko jedna szansa na bycie sobą. Jeśli ktoś wierzy, bo tak czuje, czas mu dany będzie dobry i spełniony. Jeśli ktoś udaje, płynie z prądem, bo tak wypada – to jego sprawa. Ja płynę tam gdzie niesie mnie moja ludzka natura. Chcę być dobrym człowiekiem, ale nie chcę przestać być sobą. Jeśli Bóg istnieje, uzna, że byłam zła i mnie ukaże – to trudno, ale przynajmniej będę miała świadomość, że cierpię za swoje, a nie za cudze prawdy. To jest moja rewolucja.
Być może kiedyś sprytny, mały Człowiek Współczesny kolejny raz wygra z silnym i dużym Neandertalczykiem. Nauczymy się żyć w zgodzie z naszym instynktem (siłą konserwatywną: szukaj pary, rozmnażaj się) i naturą (siłą postępową: za wszelką cenę szukaj, kombinuj wcielaj w życie).

Sponsorzy:
Ernest Hemingway Stary człowiek i morze
Adam Mickiewicz Oda do młodości

Sylwester i Nowy Rok – jak świętować. Krótki poradnik imprezowicza.

Sylwester i Nowy Rok to dwa ważne, jeśli nie najważniejsze, wydarzenia na przestrzeni całego roku. Dlatego też, należy się do nich odpowiednio przygotować. I nie mam tu na myśli li tylko szorowania pod prysznicem oraz wylania na siebie flaszki perfony (panowie) lub kilkunastogodzinnych zabiegów u kosmetyczki i fryzjera żeby wydobyć naturalne piękno (panie). Bardzo ważne jest, aby prócz powierzchownych przygotowań, nastroić się odpowiednio duchowo.
Po pierwsze trzeba – koniecznie (!) – przygotować na tę okazję struny głosowe. Po wypiciu dużej dawki napojów wyskokowych nie będziemy w stanie kontrolować świadomie naszego głosu. Dlatego wcześniejsze ćwiczenia sprawią, iż zadziała nasza podświadomość i wyuczony kunszt. Wszystkie potencjalne nagrania, jakie się później znajdą na youtube, mają szansę stać się prawdziwymi hitami. Biorąc pod uwagę fakt, że w większości obiecujemy sobie polepszenie naszego losu w nowym roku, spektakularny występ na youtube może okazać się brzemiennym w skutki przełomem w naszej karierze.
A oto, co w kwestii śpiewania ma do powiedzenia fachowiec:

Jak śpiewać
INSTRUKCJA
Zacznij od stłuczenia wszystkich luster, opuść ramiona, zagap się na ścianę, zapomnij się. Jeśli usłyszysz (ale to nastąpi o wiele później) coś w rodzaju krajobrazu pogrążonego w strachu, płonące stosy wśród kamieni, a między nimi półnagie sylwetki w kucki, mam wrażenie, że jesteś na dobrej drodze [...]

Ale za nim dojdzie do śpiewania, które będzie radosnym powitaniem Nowego Roku, koniecznie trzeba pożegnać Stary Rok. Ponieważ z całą pewnością nie spełnił naszych oczekiwań: postanawiania noworoczne trafił szlag, kariera stoi w miejscu, kasy ubyło, a nie przybyło i – o zgrozo – od jutra będziemy starsi o rok. Nie możemy tego tak zostawić. Pamiętajmy, że nieodreagowywanie negatywnych emocji prowadzi do nerwic, a w skrajnych wypadkach chorób psychicznych.
Proponuję, jeszcze przed prysznicem lub położeniem odpowiedniej warstwy make-up’u porządnie się wypłakać. To uwolni naszą wymęczoną psychikę od napięć i pozwoli z jasną, wolną od wszelkich trosk głową wejść w nadchodzący rok. A o to co pisze na ten temat specjalista:

Jak płakać
INSTRUKCJA
Nie bacząc na przyczyny, skupmy się na prawidłowym sposobie płakania, przez co należy rozumieć pochlipywanie ani nie wywołujące większego poruszenia, ani nie będące afrontem dla uśmiechu przez swoją równoległość i tępe podobieństwo. Zwykłe, przeciętne chlipanie polega na ogólnym skurczu twarzy i dźwięku, któremu towarzyszą łzy i smarki, te ostatnie dopiero pod koniec, płacz bowiem kończy się, kiedy energicznie wysiąkać nos.
Aby płakać, skieruj wyobraźnię na siebie samego, a jeśli ci się nie uda, ponieważ nabrałeś zwyczaju wierzenia w świat zewnętrzny, pomyśl o kaczce, którą oblazły mrówki, albo o tych zatokach w cieśninie Magellana, do których nie wpływa nigdy nikt.
Przechodząc do płaczu jako takiego, należy efektownie zakryć twarz obiema rękami, dłonie do wewnątrz. Dzieciom poleca się płakanie w rękaw kurteczki, najlepiej w rogu pokoju. Średni czas trwania płaczu – trzy minuty.

Teraz kiedy już odreagowaliśmy negatywne emocje z roku 2011 oraz przećwiczyliśmy nasze struny głosowe, możemy śmiało wkroczyć w następny 2012 rok.

Z tej okazji życzę wszystkim aby ten Nowy Rok należał do tych, których nie trzeba będzie opłakiwać zgodnie z powyższą instrukcją.

Sponsor:
Julio Cotrazar Opowiadania

Drugi wpis przed świętami.

Święta Bożego Narodzenia to podróż. Podróż ludzi do rodzin, żeby spędzić razem Wigilię. Podróż trzech króli do stajenki. W końcu symboliczny początek podróży Jezusa przez życie.
Nie będę Wam dziś nic życzyć. Sypnę tylko pod nogi śniegiem, żeby stworzyć nastrój i poczęstuję przepięknym cytatem.

Widzę Mademoiselle, jak stoi na środku peronu, bo właśnie wysiadła. Drzwi poczekalni otwierają się z dygoczącym piskiem właściwym nadzwyczaj mroźnym nocom; ulatuje obłok gorącego powietrza, niemal tak gęsty jak para z sapiącej lokomotywy; i teraz ster przejmuje nasz stangret Zachar – zwalisty mężczyzna, w baranicy, spod szkarłatnego pasa wystają wielkie rękawice, które tam zatknął. Słyszę, jak śnieg chrzęści mu pod walonkami, podczas gdy on zajmuje się bagażem, dźwięczącą uprzężą, a na ostatku własnym nosem, który opróżnia zgrabnym skrętem i strząśnięciem dwóch palców, człapiąc ponownie wokół sań. „Madmłazela”, jak zwraca się do niej sługa, pełna złych przeczuć tarabani się do środka, trzymając się kurczowo w śmiertelnym strachu, że sanie odjadą, zanim pochłoną bezpiecznie jej rozłożyste kształty. W końcu sadowi się ze stęknięciem i wsuwa pięści do przymałej pluszowej mufki. Na soczyste cmoknięcie woźnicy dwa czarne konie, Zojka i Zinka, prężą zady, unoszą kopyta, znowu się prężą; wówczas tułów Mademoiselle opada gwałtownie do tyłu, a ciężkie sanie wyrywają się ze świata stali, futra, ciała, by ruszyć w wyzbyty tarcia żywioł, po którym suną widmową drogą, ledwie ją muskając.
Przez chwilę, dzięki nagłemu błyskowi samotnej latarni, tam gdzie kończy się plac dworcowy, przy saniach mknie niemiłosiernie wyolbrzymiony cień również trzymający mufkę, który wzbija się w grzywacz śniegu, i już go nie ma, a wtedy w tych bezkresnych ciemnościach Mademoiselle bierze odległe światła migoczącej wioski za żółte ślepia wilków. Jest jej zimno, przemarzła na kość. Co jakiś czas spogląda za siebie, żeby się upewnić, czy drugie sanie, wiozącej jej kufer i pudło na kapelusze, jadą za nią – zawsze w tej samej odległości, jak te towarzyskie statki widma na wodach polarnych opisywane przez podróżników. Nie mogę też zapomnieć o księżycu – bo musi przyświecać tej scenie, ukazując pełną, niewiarygodnie jasną tarczę, która tak dobrze pasuje do rosyjskich siarczystych mrozów. I oto wychodzi, wynurza się ze stada nakrapianych chmurek, zaciągając je opalizującą mgiełką; a kiedy sunie wyżej, oświetla koleiny płóz na drodze, na której ospałe cienie uwydatniają każdą roziskrzoną grudę śniegu.
Jakże cudownie, jakże samotnie. Wszędzie cisza, jak urzeczona, ujarzmiona przez księżyc, lusterko wsteczne wyobraźni. Tylko śnieg jest prawdziwy, a gdy się nad nim pochylam, żeby zaczerpnąć garść, wszystkie moje lata rozsypują się między palcami w roziskrzony szronowy pył.

Na potrzeby chwili cytat nieco skróciłam i dodałam parę wyrazów od siebie, ale nie zaznaczam tego w tekście, żeby nie odciągać uwagi od pięknego opisu.

Sponsor:
Vladimir Nabokow „Pamięci, przemów. Autobiografia raz jeszcze.”

Pierwszy wpis przed świętami.

Nadchodzące święta uważam za dość dziwne. Odnoszę wrażenie, że religia chrześcijańska ma dobre intencje, a wychodzi jak zwykle.
W Rzymie mniej więcej na okres dzisiejszych świąt Bożego Narodzenia przypadały Saturnalia. Starożytni, poza polityką, raczej nie oszukiwali siebie, co do swojej ułomnej ludzkiej natury. Bez skrępowania głosili hasło: Chleba i igrzysk! Podobnie było ze świętami. Saturnalia obchodzono jak sama nazwa wskazuje ku czci boga Saturna, który nauczył ludzi rolnictwa. Święto było czasem zawieszenia wszelkiej działalności. Przez kilka dni odpoczywali wszyscy: panowie, rolnicy, rzemieślnicy, a nawet niewolnicy. Wręczano prezenty pater familias czyli ojcom rodzin oraz składano ofiary w świątyni Saturna. Mieszkańcy Rzymu łączyli się w kolorowe, wesołe orszaki i wspólnie zmierzali na uczty.
Gdy nastało chrześcijaństwo, święto ku czci Saturna wymieniono na Boże Narodzenie. Była to zmiana czysto polityczna, ponieważ z różnych wyliczeń wynika, że Jezus urodził się między połową marca, a kwietnia. Widocznie święto rzymskie było na tyle istotne i popularne, że wprowadzenie na jego miejsce ważnego święta innej religii dawało szansę szybkiego jej zakorzenienia w istniejącej już tradycji.
Religia chrześcijańska ma wyższe aspiracje niż rzymskie wierzenia. Do narodzin Chrystusa dorobiono filozoficzną ideologię. W założeniu ma to być święto radości z narodzin zbawiciela obchodzone w gronie rodziny. Najlepiej jeszcze czytać pismo święte i śpiewać kolędy. Wszystko powinno być wzniosłe i uduchowione. Uśmiechnięte dzieci wtulone w rodziców i zasłuchane w biblijne opowieści. Piękny, sielski obrazek. Z założenia wszystko brzmi i wygląda bardzo dobrze. W praktyce to jednak dla wielu ludzi jedne z najsmutniejszych i najtrudniejszych świąt w roku.
Niewiele jest rodzin, które faktycznie hołdują tradycji i z nabożnym namaszczeniem przygotowują się do świąt. W większości wypadków to jedzeniowa męczarnia. Jedni tyrają w pocie czoła żeby przygotować jedzenie, które potem będą wciskać innym. Ci inni zmęczeni wciskaniem będą marzyć żeby to się nareszcie skończyło, albo się porzygają.
Z moich obserwacji i rozmów wynika, że ci co tyrają nie znoszą świąt bo muszą pracować ponad siły. Sprzątnąć mieszkanie, ugotować jedzenie, a potem jeszcze w kółko podgrzewać, wmuszać, pakować, chować, znowu podgrzewać, na koniec wciskać na wynos.
Jedzący nie znoszą świąt, bo wmusza się w nich kolejne porcje jedzenie aż do przesady, a na koniec jeszcze wciska górę żarcia na wynos.
Wszystko to jest bardzo kosztowne zdrowotnie i finansowo. Bóle brzucha, niestrawność i puste konto w znacznym stopniu utrudniają uduchowioną kontemplację świąt.
Sporo znanych mi osób nienawidzi wręcz świąt, bo musi się spotkać z rodziną i przez trzy dni udawać, że wszyscy się kochają, są zgodni oraz jest fantastycznie. Terapeuci mają pełne ręce roboty i przed i po świętach. Najpierw przygotowują nieszczęśników do świąt, potem reanimują po świętach. Nie ma się co oszukiwać, większość układów rodzinnych to nie sielanka i przebywanie ze sobą wcale do przyjemnych nie należy.
Jest jeszcze grupa ludzi, którzy są samotni, opuszczeni lub z różnych innych przyczyn nie mają nikogo z kim mogliby spędzić święta. Ci też nienawidzą świąt, bo ich i tak już ciężka sytuacja w tych dniach sięga samego dna rozpaczy.
Nawet nie wszystkie dzieci będą miały radość ze świąt. Przyjdą do szkoły i zacznie się licytacja kto dostał fajniejszy prezent.
I tak miłe niezobowiązujące święto rzymskie zmieniło się w pochwałę hipokryzji, obżarstwa, opilstwa i udrękę samotności.
… a mogło być tak miło wyprawa do świątyni/kościoła, składanie darów/modlitwa, wspólny radosny przemarsz przez miasto, na koniec przy np. koksownikach (w warunkach polskich radosny pochód w zwiewnych szatach o tej porze roku jest raczej mało prawdopodobny) można się spotkać w dowolnym gronie, wspólnie zabawiać się rozmową lub jakimś grzańcem. Komu zimno, albo ma dość idzie do domu. Kto lubi i chce pogadać z ludźmi zawsze sobie kogoś do rozmowy znajdzie.
Wiem, że pochody i koksowniki źle się mogą kojarzyć, ale to komuniści zrzynali, a my zawsze możemy powiedzieć, że powracamy do starożytnych tradycji.
Tak głęboko wpojono ludziom tradycyjne obrzędy świąteczne, że cierpią, bo wydaje się im, że nie mają innego wyjścia.
Któregoś razu nie umówiłam się na Wigilię z nikim i też nikogo nie zaprosiłam. Miałam ochotę pobyć sama. Zrobiłam sobie miks mielonego maku i bakalii do tego kieliszeczek czerwonego wina. Było pysznie i fantastycznie. Kontemplowałam błogostan totalny. Zero jedzenia, zero spinki rodzinnej. Gdy potem o tym opowiadałam, większość reagowała współczuciem i próbowała mnie pocieszać: no, wiesz trzeba było powiedzieć, zaprosilibyśmy cię do siebie. Biedna… Kiedy próbowałam wyjaśnić, że to nie była kwestia braku zaproszeń czy odrzucenia mnie przez rodzinę, ale mój własny wybór. Ludzie mieli takie miny jakbym nagle zaczynała mówić po chińsku i zupełnie nie rozumieją, co ja do nich mówię. Inni natomiast reagowali strasznym oburzeniem.
Nie wiem ile w tym jest rutyny wyssanej z mlekiem matki – ale jak to, to przecież tradycja i jest nienaruszalna, a ile podświadomej zazdrości – jak wszyscy to wszyscy, ty nie możesz mieć lepiej niż my i też musisz cierpieć z powodu bólu brzucha, albo uśmiechać się do znienawidzonej ciotki.
Osobiście spędzam święta tyko z tymi, których kocham, lubię, szanuję bez względu na powiązania rodzinne bądź ich brak. Jest to okazja do spotkania i pobycia z ważnymi dla mnie osobami. Mam nadzieję, że dla nich bycie ze mną też jest przyjemne. Mam gdzieś konwenanse i tradycję. Ostatecznie to ludzie wprowadzili tradycję Saturnaliów, a następnie wymienili to święto na Boże Narodzenie. Ponieważ też jestem człowiekiem roszczę sobie prawo do modyfikacji tradycji, która w moim przekonaniu już dawno przestała się sprawdzać. Święta spędzam w miłej atmosferze bez skrętu kiszek. Jeśli obraża to czyjeś uczucia religijne – trudno, mnie obraża widok dziwnych ciotek, których nie trawię bez względu na porę roku. I nie zamierzam udawać, że jest inaczej tylko dlatego, że ktoś wymienił Saturnalia na Boże Narodzenie.
Ponieważ tradycyjnie już sponsorem wpisu jest jakaś książka. I tym razem tradycji stanie się zadość. Na święta zachęcam, w przerwie między jedzeniem i oglądaniem TV, do przejrzenia książki pt. Boskie Sekrety Siostrzanego Stowarzyszenie Ya – Ya. Jest to wprawdzie literatura bardziej damska niż męska, ale myślę, że daje do myślenia, szczególnie w czas świąt, kiedy tyle czasu spędza się z rodziną. Jeden z recenzentów, nie pamiętaj już jaki, porównał tę powieść do Smażonych zielonych pomidorów. Faktycznie obie książki mają niesamowity klimat.
Boskie… to opowieść o 50 letniej przyjaźni czterech kobiet. Historia opisana została przez jedną z przyjaciółek we wspólnym pamiętniku. Pamiętnik od matki dostaje córka. Układy między nimi są bardzo dalekie od ideału. Jednak odkrywanie przeszłości matki i jej przyjaciółek staje się też brzemienne w skutki dla córki. Warto przeczytać tę książkę. Daje obraz życia rodziny, wzlotów, upadków, traumatycznych przeżyć na przestrzeni całego życia. Opowiada o rodzinie i o przyjaźni. Może być nauką oraz przyczynkiem do przemyśleń z kim naprawdę warto spędzić przyszłe święta.

Obie powieści Boskie… oraz Smażone… zostały sfilmowane. Smażone… widziałam i bardzo polem film. Filmu na podstawie Boskich… nie widziałam, więc nie potrafię się wypowiedzieć, ale sprawdzałam na jednym z for filmowych ma dużo gwiazdek więc dobrze rokuje.

Sponsorzy:

Rebecca Wells Sekrety Siostrzanego Stowarzyszenie Ya – Ya
Fannie Flagg Smażone zielone pomidory

Kiedy z nieba rzuca żabami.*

Kiedy z nieba rzuca żabami przypominam sobie powieść Dickensa Barnaba Rudge. Przeczytałam tę książkę tak dawno temu, że generalnie niewiele z niej pamiętam prócz jednej sceny. W paskudne jesienno zimowe wieczory z przyjemnością wracam do niej myślami. Nie potrafię już oddzielić tego, co napisał autor od tego, co wymyśliłam sama. Na wszelki wypadek nie sprawdzam. A oto i opowieść Dickens & spółka:

Do Londynu pozostało jeszcze wiele mil. Barnaba i woźnica siedzieli skuleni na koźle. Płaszcze mieli prawie całkiem przemoczone. Lodowaty wiatr zacinał deszczem prosto w twarze. Koń człapał ze zwieszonym łbem. Było tak ciemno, że oko wykol. Nic tylko wiatr, deszcz ze śniegiem, a dookoła pustkowie.
Gdzieś na horyzoncie zamajaczyło maleńkie światełko. Woźnica popędził konia. Zwierzę też chyba coś zwietrzyło, bo chętnie przyspieszyło tempa.
Po kilkunastu minutach podróżni zobaczyli, że zbliżają się do karczmy. Woźnica z ulgą oddał konia pod opiekę parobka, a sam z towarzyszem podróży wszedł do ciepłego pomieszczenia.
Podróżni od razu poczuli ciepło i zapach jedzenia. Rozejrzeli się po pomieszczeniu. W taką pogodę nawet psa trudno wygonić z domu, a co dopiero człowieka. Dlatego gości było niewielu. Wszyscy zgromadzili się blisko komina, na którym płoną solidny ogień, a w kociołku bulgotała zupa. Barnaba z towarzyszem strzepnęli płaszcze i powiesili je przy kominie. Jeden z mężczyzn przesunął się trochę, ustępując nowoprzybyłym miejsce bliżej źródła ciepła.
Gospodyni podeszła do gości, bez pytania postawiła przed nimi miski z zupą oraz dzbanek z grzanym piwem. Ciepła strawa i alkohol rozgrzały podróżnych. Najedzeni z kuflami w rękach przesiedli się bliżej komina, wyciągnęli w stronę płomieni przemoczone buty. Nikt nie rozmawiał wszyscy skupieni wokół ognia siedzieli wsłuchani w skrzypienie szarpanych przez wiatr zamkniętych okiennic i wpatrywali się w płomienie. Zapach suszącej się odzieży mieszał się z zapachem jedzenia. Ciepło rozgrzewało policzki. Barnaba zrobił się senny i bezmyślnie gapił się przed siebie.
Nie wiadomo kiedy zorientował się, że ktoś coś cicho mówi. Wytężył słuch. To staruszek wciśnięty w kąt miedzy kominem, a ścianą zaczął snuć opowieść z czasów swojej młodości. Gospodyni chciała go uciszyć, ale goście zaszemrali z niezadowolenia i dała spokój.
Było to dawno temu – opowiadał – zaciągnąłem się na statek wielorybniczy. Rejs trwał wiele miesięcy. Byłem już bardzo zmęczony. Tęskniłem za widokiem lądu i za rodziną. Na szczęście połów był udany, wracaliśmy do domu z ładowniami pełnymi tranu. Już tylko dni dzieliły nas od widoku wytęsknionego portu. Jednak pewnego wieczoru zerwał się wiatr. Niebo zasnuły czarne chmury. Woda zaczęła się burzyć i spienione, lodowate fale zalewały pokład. Przemoczeni do suchej nitki zgrabiałymi dłońmi usiłowaliśmy refować żagle.
Nasza fregata dzielnie dawała odpór nawałnicy mimo, że maszty trzeszczały, a woda przelewała się przez pokład. Czasem statek płyną na łeb na szyję prosto w czarną otchłań wzburzonego morza. W takich chwilach myśleliśmy, że już po nas. Nasz żaglowiec jednak jakimś cudem wypływał, wspinał się mozolnie na koleją falę, żeby znowu spaść w przepaść. Przywiązałem się do masztu i modliłem się o ratunek. Nagle zobaczyłem, że jeden z towarzyszy leży nieprzytomny na pokładzie. Odwiązałem się, centymetr po centymetrze zacząłem się czołgać. Kiedy udało mi się do niego dotrzeć obwiązałem go liną i przymocowałem ją do masztu. W tym momencie spadła na statek potężna fala. Wiedziałem, że nie mam szans.

Słuchacze wzdrygnęli się, gdzieś na piętrze z trzaskiem otworzyło się niedomknięte okno. Gospodyni zerwała się i pobiegła na górę.

Potem już nic nie pamiętam. Ocknąłem się na plaży. Słońce raziło mnie w oczy. Spróbowałem wstać, byłem bardzo obolały i prawie nagi, woda zerwała ze mnie większość ubrań, ale cały. Krok po kroku posuwałem się w głąb lądu. Słońce osuszyło mnie już zupełnie. Za wydmami jak okiem sięgnąć rozciągały się zielone łąki pełne odurzających zapachem kwiatów. Gdzieś, hen daleko pola porośnięte zbożem, a na nich zapracowani chłopi. Kiedy do nich dotarłem zabrali mnie do chałupy nakarmili, napoili, pomogli skompletować odzienie. Przez ten krótki czas, który spędziłem wśród pól i łąk otoczony opieką dobrych ludzi byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
Pomyślałem, wtedy, ża nasza Matka Ziemia jak każda kobieta raz urządzi ci prawdziwe Piekło innym razem zabierze cię do Raju.

Staruszek zamilkł, ale goście nie zauważyli tego. Ktoś pochrapywał, reszta niewidzącym wzrokiem błądziła gdzieś daleko we własnym Raju.

* Kiedy z nieba rzuca żabami – deszcz z mokrym śniegiem, który rozplaskuje się mokrymi ciapami na okularach i twarzy.

Sponsor:

Karol Dickens Barnaba Rudge

Morze vs góry.

Dawno nie napisałam tak wielu listów do mężczyzny. Ostatnio kiedy to robiłam były to listy miłosne do A. i wędrowały do niego drogą tradycyjną. Teraz kiedy postęp wkroczył pod strzechy, nie fatyguję się na pocztę tylko z kubkiem gorącej herby piszę do Mophixa kilometrowe maile. Na szczęście są one obarczone minimalnym pierwiastkiem romantyczno – erotycznym. To o tyle dobrze, że skłaniają mnie do różnych przemyśleń.

Morphix zapytał, co wolę – góry czy morze. Oczywiście bez chwili wahania odpowiedziałam: morze. Ale zaczęłam się zastanawiać dlaczego. Kilka tygodni temu rozmawiałam z kolegą z pracy. Dopiero co wrócił z Nepalu i był zachwycony. Wywiązała się dyskusja o przewadze gór nad morzami i oceanami. R. udowadniał, że pobyt nad wodą to nuda totalna. Nic tylko leżenie na piasku, względnie jachcie, statku lub innym sprzęcie i gapienie się na wielką niebieską pustkę. Góry to dopiero frajda! Na co ja powiedziałam: – Tarabanisz się na sam szczyt tylko po to żeby, ledwie dysząc, popatrzeć na okoliczne góry, zrobić kilka fot i zejść. Gdzie tu sens i logika? Ani ja nie przekonałam R. do swoich racji, ani R. nie przekonał mnie do swoich. Dało mi to jednak do myślenia: co jest takiego w wodzie czego nie ma w górach i odwrotnie.

Nie ma sensu rozważać wad i zalet turystycznych. W obu sytuacja można leżeć lub przemieszczać się. Rozbijać się po knajpach, albo spać w cieniu całymi dniami. Interesuje mnie bardziej profesjonalne podejście do wody i gór.

Są ludzie, którzy związali z jednym i drugim środowiskiem całe swoje życie. Żyją ze zmagania się z żywiołami lub obcowanie z nimi jest ich pasją. Takie osoby mnie właśnie interesują.

Bezpieczeństwo. W obu wypadkach jest podobnie. Morze i góry w czasie pięknej pogody są ciche i spokojne. Rozkosz dla oczu i ukojenie dla umysłu. Jednak pogoda może się gwałtownie zmienić bez względu na porę roku. Oba żywioły wykazują pewnie tendencje do burzenia się. Obserwując przyrodę można przewidzieć kiedy jest największe prawdopodobieństwo wystąpienia sztormu, zamieci, lawiny itp., ale nigdy nie można mieć stuprocentowej pewności. Takie ryzyko jest wpisane w obcowanie z wodą i górami. Ocena 1:1

Stabilność gruntu. Pozornie wydawało by się, że góry dają większe poczucie bezpieczeństwa. Człowiek jest stworzeniem lądowym dlatego góry wydają się łatwiejszym przeciwnikiem pod tym względem. Blisko brzegu lub niedaleko od schroniska jest stosunkowo bezpiecznie. Jednak na pełnym morzu i wysoko w górach los śmiałków jest tak samo niepewny. Śnieg jest równie zdradliwy jak wielka woda. Nie znam się na górskich zagrożeniach za dobrze. Wiem, że pod lodem mogą kryć się rozpadliny, można wpaść w zaspę, zwietrzałe skały mogą obsunąć się pod stopami, można też udusić się lub skręcić kark w lawinie. Ocena 1:1

Nuda. Górale wyruszają na hale wypasać owce. Wędrują z punktu A do punktu B w celach handlowych. Sprzedają mleko, ser, wełnę. Podobnie na morzu rybacy wypływają żeby łowić ryby, marynarze przewożą towary z jednego lądu na inny. Powtarzalność, rutyna, duży wysiłek fizyczny są na podobnym poziomie. Ocena 1:1

Co innego żeglarze i alpiniści, ci wyruszają w drogę, bo chcą, a nie dlatego, że muszą.

Bezsens. Alpinista wybiera szczyt o określonym stopniu trudności gramoli się na górę, zdobywa ją pokonując wszystkie trudności i schodzi na dół. Żeglarz wyznacza trasę o określonym stopniu trudności przepływa ją pokonując wszelkie trudności i wraca do macierzystego portu. W obu wypadkach trudności mogą przerosnąć śmiałków i podróżnicy zostają na dnie morza albo gdzieś w górach. Przy odrobinie szczęścia udaje się wydrzeć ciało żywiołowi i pochować w grobie rodzinnym.
Patrząc na alpinistów i żeglarzy bezsens narażania się na utratę życia tylko po to żeby odbyć wycieczkę w tę i z powrotem jest dokładnie taki sam. Ocena 1:1

Prawdopodobieństwo napadu. W górach grasowali rozbójnicy, współcześnie bandyci. Na morzu byli i dalej są piraci. Ocena 1:1 (Daje remis, ale wydaje mi się, że w górach jest pod tym względem bardziej niebezpiecznie).

Profesjonalizm. W obu wypadkach tylko profesjonaliści mają szansę przetrwać. Wszystko jedno czy jest to pełne morze, czy szlak w Andach. Bez sprzętu, wiedzy i najlepiej doświadczonego przewodnika/nawigatora nie ma szans. Ocena 1:1

Jednym słowem remis. Nie ma w górach tego czego nie można znaleźć nad morzem. Tylko nasze osobiste preferencje decydują, co mam bardziej odpowiada. W starciu górali z wodniakami obie frakcje mają dokładnie takie same argumenty za i przeciw. Udowadnianie sobie wyższości jednej opcji nad drugą nie ma najmniejszego sensu.

Dlatego, po dokonaniu porównania i doszłam do wniosku, że w zasadzie nie ma obiektywnych powodów żeby nie lubić gór. Postanowiłam poszukać diabła tkwiącego w szczegółach. To on decyduje o tym, że drżę z podniecenia na myśl o rejsie, a wykrzywiam się z niesmakiem, kiedy ktoś konicznie chce mnie przekonać do dalekiej górskiej wędrówki.

Moja fascynacja wielką wodą ma wiele płaszczyzn. W szkole średniej bardzo interesowałam się historią starożytną. Podobali mi się szczególnie Grecy i ich kultura. Hellenowie nie bali się wody chętnie wypływali i żeglowali wzdłuż brzegów. Na określenie morza mieli kilka różnych słów. Wytwarzali nawet wino na bazie wody morskiej. Swoją drogą musiało być obrzydliwe. Słona woda plus słodki winny sok leżakujące na słońcu – masakra.
Flota odegrała ogromną rolę w wojnie Aten z Persją oraz w walce o hegemonie między spartanami, a ateńczykami. Wielokrotnie odbywały się spektakularne bitwy morskie. Szkoda, że nie miałam szansy tego oglądać np. z lotu ptaka.

Rzymianie mieli większy dystans do wypraw morskich. Ich domeną były wyprawy lądowe. Co oczywiście nie oznacza, że nie mieli floty i kurczowo trzymali się spódnicy matki Ziemi. Skupiali się na obronie wybrzeża i rzek Imperium. Rzym posiadał też statki wojenne i potrafił ich skutecznie używać, jednak moim zdaniem rzymianom brakowało odwagi i ciekawość świata charakterystycznej dla greckich żeglarzy.

Jeszcze wcześniej w dość wczesnym dzieciństwie, mama czytała mi i bratu na głos „Dzieci kapitana Granta”. Brat i siostra przepływają kawał świata w poszukiwaniu ojca. To była niezwykła pożywka dla mojej fantazji. Zaraz potem sławny pirat grasujący na Karaibach „Kapitan Blood”, a na deser „Wyspa skarbów”. Niedługo później odkryłam już sama „20 000 mil podmorskiej żeglugi” i „Tajemniczą wyspę”. Wszystkie te morskie opowieści były dla mnie niezwykłym i fascynującym odkrywaniem świata. Przygody, niebezpieczeństwa, piraci, skarby, sztormy, zemsta, nienawiść, piękne kobiety, miłość prowadząca do obłąkania, nieobliczalna brawura. Nie znalazłam tego w żadnych opowieściach górskich.

Morze ma jeszcze tę przewagę nad górami, że jest wybór. Można płynąć w stronę tropików lub przez morze Beringa w stronę Syberii lub Alaski. W górach im wyżej tym zimniej. Nawet w Afryce szczyt Kilimandżaro cały rok pokryty jest śniegiem.

I jeszcze jeden być może najważniejszy z tych wszystkich powodów w moim osobistym rankingu morze vs góry: mężczyźni.
Dużo bardziej pociągający są spaleni słońcem, umięśnieni żeglarze w seksownie podartych koszulach niż okutani taternicy -zarośnięci z przymarzniętym do brody glutem i odmrożonym nosem.

Wiem, że zawsze można dyskutować na temat higieny i zapachów na statku. Szczególnie w dawnych czasach. Myślę jednak, że w górach też nie ma się jak myć na trzaskającym mrozie. A na obrazkach i zdjęciach nie czuć smrodu. Za to świetnie wyglądają opinające się na umięśnionych udach płócienne spodnie i obcisłe koszulki w paski. Nie mówiąc już o całej gamie dodatków: opaski na oko, rzemyki, chustki, kapelusze, marynarskie mundury itp.

A wisienką na torcie są nieznający strachu Wikingowie. Wprawdzie zarośnięci, ale za to w fajnych ciuchach i z długimi włosami. Wypływanie w nieznane w małej łupinie, trochę przypomina mi współczesne podróże w kosmos. Każdy ląd na horyzoncie musiał być tak niezwykły i tajemniczy jak odległe planety. Nie wiedzieli z czym przyjdzie im się zmagać, kogo spotkają, jakie na obcej ziemi są zagrożenia. Niesamowite jest to do jakiego stopnia ciekawość i chęć poznania pozwala zapanować nad strachem przed śmiercią i lękiem przed nieznanym.
W 1898 roku w Minnesocie odkryto kamień, na którym wyryto tajemniczą inskrypcję. Naukowcy twierdzą, że to fałszerstwo. Gdyby jednak udało się udowodnić komuś, że tak nie jest laur odkrycia Ameryki powinien przypaść właśnie Wikingom i to na sto lat przed Kolumbem.

Inskrypcja brzmi:
8 Gotów i 22 Norwegów w odkrywczej podróży z Winlandii na zachód. Obozowaliśmy przy dwóch skalistych wyspach o dzień podróży od tego miejsca. Wyruszyliśmy łowić ryby na jeden dzień. Gdy powróciliśmy, znaleźliśmy dziesięciu naszych ludzi zakrwawionych i martwych. Niech Bóg nas zachowa ode złego Ave Virgo Maria (bądź pochwalona Mario Dziewico, chroń nas ode złego) Mamy dziesięciu ludzi nad morzem pilnujących naszych statków, 14 dni podróży od tego miejsca. Rok 1362.

Sponsorzy
Juliusz Verne „Dzieci kapitana Granta”, „20 000 mil podmorskiej żeglugi”, „Tajemnicza wyspa” (tzw. duża trylogia vernowska)
Rafael Sabatini „Kapitan Blood”
Robert Louis Stevenson „Wyspa skarbów”
Kamień runiczny z Kensington

Tajemnica zamku Karpaty.

Kiedy wczoraj wieczorem pisałam maila do Morphixa uświadomiłam sobie jak niezwykłe są nasze losy. Niby jesteśmy zwykłymi szarymi ludźmi. Nic nas nie wyróżnia z pośród tłumu. Nie jesteśmy celebrytami, bogaczami, genialnymi naukowcami. A jednak na naszą małą skalę jesteśmy wyjątkowi.

Czasem wydaje się, że nic już się nie wydarzy, że reszta życia to będzie tylko dno i wodorosty. Nic tylko iść na poniatoszczaka (warszawski most na Wiśle) i rzucić się w cuchnącą toń rzeki. Jak się nie utopisz to z całą pewnością się rozpuścisz. Podobno Wisła zaczyna powoli spełniać normy unijne, ale ja bym się jeszcze tym za bardzo nie przejmowała.

Do czego zmierzam? Morphix prosił o listę moich ulubionych filmów. Grzebiąc w pamięci, przypomniałam sobie film Tajemnica zamku w Karpatach. I podobnie jak w przypadku trylogii o Shonsu VII, ten film też ma swoją niezwykłą historię.

Miałam jakieś trzynaście lat. Zupełnie przypadkiem trafiłam wieczorem w TV na Tajemnicę zamku w Karpatach. Zafascynowała mnie pierwsza scena, w której diabeł jedzie na hulajnodze z silniczkiem. Nie oderwałam się od telewizora do ostatniej sceny. Byłam zachwycona. Właściwie trudno o lepszą recenzję jak hasło: Czeski film. Nikt nic nie wie. Bardzo odpowiada mi absurdalne poczucie humoru Czechów. Jak zwykle nie zamierzam spojlerować i opowiadać treści filmu. Zainteresowani na pewno go znajdą.

Film zapisał się w mojej młodzieńczej pamięci do tego stopnia, że bardzo chciałam zobaczyć go po raz kolejny. W czasach, w których nie było Internetu, wypożyczalnie video nie były jeszcze tak liczne i dobrze zaopatrzone, to raczej marzenie ściętej głowy. Jednak jak się okazuje cierpliwość i upór zostają nagrodzone.

W szkole średniej miałam znakomicie zaopatrzoną bibliotekę. Buszowałam w niej regularnie pod okiem oburzonej pani bibliotekarki. Uważała, że wypożyczam zbyt trudne lektury jak na swój wiek. Pani robiła się nieco spokojniejsza gdy wchodziłam do działu z książkami przygodowymi i podróżniczymi. Przeglądając półkę z powieściami Verne’a trafiłam na skarb – Tajemnicę zamku Karpaty. Szczęka opadła mi z wrażenia. Verne nie kojarzy się z romansami, a już na pewno nie z czeskim filmem. A jednak okazało się, że Czesi wykorzystali fabułę wymyśloną przez autora powieści podróżniczych. Niesamowita mieszanka – Verne popełniający romans, a ten romans zaadaptowany przez czeskich twórców i przefiltrowany przez ich niezwykłe poczucie humoru.

Tym bardziej chciałam zobaczyć film kolejny raz. Teraz już świadomie z namaszczeniem delektować się wszystkimi jego smaczkami.
Jak zwykle pomoc przyszła z najmniej oczekiwanej strony. Przez jakiś czas pracowałam w firmie, która wynajmowała sprzątaczy i sprzątaczki korporacjom. Byłam przypisana do tzw. serwisu dziennego. To taka lepsza wersja sprzątaczki: wsypywałam kawę do ekspresów, zamawiałam kanapki na konferencje firmowe i sprawdzałam czy pracownicy mają dość soków w lodówkach itp.

Korporacja, którą się zajmowałam, właśnie otworzyła oddział w Pradze. Polacy mieli przeszkolić Czechów. Nasi sąsiedzi przyjechali zwarci i gotowi do pracy. Z jednym małym wyjątkiem – Marcelą. Zaprzyjaźniłyśmy się. Ciągle mnie wypytywała o polskie słówka. I koniecznie chciała dużo rozmawiać po polsku. Zaszywałyśmy się w składziku i opowiadałyśmy sobie o naszych zwariowanych ojczyznach. Nie mogłam nie opowiedzieć Marceli o Tajemnicy zamku w Karpatach.

Marcela wróciła do siebie zajmować się księgowością w praskim oddziale korporacji. Po kilku tygodniach dostałam polecony z Czech. Jak myślicie co tam było? Tak! Piękne, nowiusieńkie DVD z filmem Tajemnica zamku w Karpatach!

Marcela! Jestem Ci dozgonnie wdzięczna!

Nie liczę już lat, które czekałam na ten film, ale się doczekałam.

Nie warto korzystać z usług poniatoszczaka. Ta historia jest znakomitą parafrazą życia. Los człowieka to romans napisany przez specjalistę od powieści przygodowych, przerobiony przez zwariowanych czeskich filmowców. Sam film i jego zakończenie też jest znamienne i to zarówno w odniesieniu do miłości jako takiej, mojej historii i życia generalnie.

Wszystko jest jednym wielkim czeskim filmem: nikt nic nie wie. Możliwości zwrotów akcji i interpretacji wydarzeń jest nieskończenie wiele.

Sponsorzy:
Juliusz Verne Tajemnica zamku Karpaty
Tajemnica zamku w Karpatach – czeska komedia

Sponsor honorowy:
Marcela